• facebook
  • rss
  • Droga prawdziwego wojownika

    dodane 20.07.2017 00:00

    Co robią klerycy paradyskiego seminarium w czasie wakacji? Na pewno nie próżnują! Różnorodne praktyki mają zweryfikować ich powołanie i przygotować do kapłaństwa.

    tekst i zdjęcia krzysztof.krol@gosc.pl Posługują na rekolekcjach, pielgrzymkach, obozach, a także towarzyszą umierającym. Przyszły ksiądz musi być wpatrzony w niebo, ale podobnie jak Mistrz, nie może być oderwany od rzeczywistości.

    Powtarzanie sloganów nie ma sensu

    Oczywiście najwięcej praktyk mają za sobą diakoni. – Po pierwszym roku byłem na miesięcznej praktyce w hospicjum. W kolejnym roku byłem uczestnikiem obozu dla osób należących do wspólnoty „Wiara i Światło”, zaś po trzecim roku – jednym z animatorów na oazie młodzieżowej, a także brałem udział w spotkaniu przygotowawczym do seminarium dla braci z pierwszego roku. Po czwartym roku uczestniczyłem w Oazie Rodzin w Międzywodziu, zaś w tym roku szczególne miejsce zajmuje posługa na oazie i również na obozie przygotowawczym dla przyszłych alumnów, a także dyżur w naszym diecezjalnym sanktuarium w Rokitnie – wyjaśnia dk. Bartosz Warwarko, który pochodzi z Jordanowa. – Każda z tych praktyk pozostała w sercu i wniosła pewną mądrość do mojego życia. Praktyki w hospicjum, a także na obozie z ludźmi niepełnosprawnymi uczą człowieczeństwa. Praktyki wśród młodzieży niewątpliwie pokazują, jak dawać świadectwo. Trzeba być autentycznym świadkiem. Powtarzanie sloganów nie mających wiele wspólnego z życiem, nie ma sensu, młodzież jest w stanie szybko to zdemaskować, dlatego w tym kontakcie szczególnie cenna jest szczerość. Czas rekolekcji oazy rodzin pozwolił mi przyjrzeć się chrześcijańskiej rodzinie, która swoją codzienność stara się budować w oparciu o Boga – dodaje. Paradyskie seminarium jest położone na wsi, co wcale, jak podkreśla diakon, nie przeszkadza w przygotowaniu się do kapłaństwa i poznania codziennych problemów ludzi. – Nie dorastamy do kapłaństwa wśród miejskiej kultury, hałasu i rzeczywistości, jaką niesie za sobą miasto, ale z drugiej strony nie jesteśmy przecież z kosmosu. Znamy życie rodzinne, bo sami jesteśmy z rodzin. Znamy życie naszych środowisk, bo sami z nich wyszliśmy. Cisza Paradyża pomaga nam jednak zbliżać się do Boga, który przez nią mówi. Pokusa odizolowania jest obecna wśród nas, ale może ona dotyczyć również miejskich wspólnot seminaryjnych. Jeśli ktoś chce być z drugim człowiekiem, znać jego bolączki i problemy, to będzie wychodził do innych ludzi, nie zatrzyma się na własnym życiu – zauważa dk. Bartosz. Bez praktyk więc ani rusz. To właśnie w ich trakcie kandydat do kapłaństwa może poznać potrzeby ludzi, którym jest przeznaczony do posługi. – Praktyki, które odbywamy, pozwalają przede wszystkim być blisko drugiego człowieka. Człowieka, który często jest opuszczony, jak w przypadku znajdujących się w hospicjum. Pozwalają być także blisko tych, którzy poszukują sensu życia na rekolekcjach, pielgrzymce czy w parafii. Obecność kleryka wśród nich może być drogowskazem. Gdy staje się blisko człowieka, zrozumienie przychodzi z czasem, kiedy zobaczy się go przez pryzmat jego życia. Praktyki pozwalają nam zmniejszać dystans do drugiego człowieka. Ten dystans jest często efektem lęku, który trzeba przełamać – podkreśla diakon.

    Wiele zależy od samego kleryka

    Nieco mniejsze, ale również niemałe doświadczenie ma Rafał Zbrożek z parafii pw. Ducha Świętego w Słubicach, który niedawno skończył czwarty rok. – Po pierwszym roku była to miesięczna praktyka w hospicjum, a po drugim – dwutygodniowy obóz ze wspólnotą Wiara i Światło. Od tego czasu zacząłem też jeździć co roku na oazy dziecięce i młodzieżowe. Ważnym momentem w moim życiu była niedawna czteromiesięczna praktyka duszpasterska w parafii w Kożuchowie. W tegoroczne wakacje, oprócz oazy ministranckiej, zaangażuję się w rekolekcje Domowego Kościoła. Praktyki wakacyjne są zazwyczaj w jakichś konkretnych grupach czy wspólnotach. Dzięki temu poznajemy ich specyfikę, potrzeby i charyzmat – wyjaśnia kleryk. Każda praktyka wakacyjna niesie ze sobą konkretne przemyślenia i owoce. – Najbardziej zapadł mi w pamięć czas w hospicjum. Przez niemal miesiąc mogłem towarzyszyć ludziom w stanach terminalnych oraz rodzinom tych osób rozmową, modlitwą, ale nade wszystko – obecnością. Było to doświadczenie nie tylko pomocy, często bardzo praktycznej, ale również przeżywanie śmierci, odchodzenia z tego świata. W tamtym czasie zmarło wielu pacjentów, ale wielu z nich nadal mam przed oczyma – wyjaśnia kl. Rafał. – Praktyki pokazały mi, jak ważna jest formacja ludzka, i że to ona jest fundamentem dla dalszej formacji w seminarium. To doświadczenie, ale też inne, pokazały mi, jak ważny na drodze przygotowania do kapłaństwa jest kontakt z drugim człowiekiem i otwarcie się na niego – dodaje. Oprócz typowych praktyk wakacyjnych bardzo ważny jest sam pobyt i pomoc w rodzinnej parafii. To też obowiązkowy punkt podczas kleryckich wakacji. To okazja do poznania życia ludzi i ich codziennych problemów. – W jaki sposób? Po prostu, chociażby przez zwykłą rozmowę, poprzedzoną szczerym uśmiechem, i to często spontaniczną, na ulicy czy pomiędzy niedzielnymi Mszami. Wszystkie praktyki w trakcie formacji seminaryjnej zarówno w ciągu roku, jak i podczas wakacji, a także nasze życie rodzinne, pozwalają poznać i zrozumieć dużą część problemów współczesnego człowieka – zauważa kleryk i dodaje: – Oczywiście wiele zależy od samego kleryka, czy chce poznać realia życia, czy nie.

    Takich zaproszeń się nie odrzuca

    Niektórzy, jak Michał Doligała, swoje praktyki dopiero zaczynają, i od razu są wrzucani na głęboką wodę. Przez cały lipiec kleryk pierwszego roku posługuje w Hospicjum im. św. Kamila w Gorzowie Wlkp. Jego zadania są bardzo różne, począwszy od roznoszenia obiadów, poprzez karmienie, a na modlitwie i zwykłej rozmowie z chorymi kończąc. – Na tyle, na ile potrafię, pomagam też personelowi. Jest to dla mnie absolutna nowość, ale pracownicy i wolontariusze z wielką cierpliwością mi podpowiadają, co mam robić. Każdy dzień jest inny, więc i moje zadania się zmieniają – wyjaśnia Michał, który pochodzi z parafii św. Józefa w Zaborze k. Zielonej Góry. Najważniejsze jest towarzyszenie ludziom. Niektórzy z nich są samotni i nie mają do kogo się odezwać, a potrzebują jedynie tego, by zostać wysłuchanym. – Ja staram się im to zapewnić i podtrzymać na duchu dobrym słowem czy uśmiechem – wyjaśnia kleryk i kontynuuje: – Tutaj na własnej skórze doświadczam, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. Przez mały gest i najmniejszą przysługę mogę sprawić radość choremu, albo choć trochę ulżyć mu w cierpieniu. Oczywiście trudno jest cokolwiek powiedzieć osobie, która ma świadomość, że zbliża się do śmierci. Dopiero uczę się subtelnej rozmowy na ten temat. Wielu z tych ludzi, to osoby, które sporo w życiu przeszły, a mimo to nie użalają się nad sobą. Chorzy, których tu spotkam, mają tak wiele pogody ducha, że warto się tego od nich uczyć. Mimo słabego zdrowia, potrafią żartować i są wdzięczni Panu Bogu za każdy dzień życia. Bardzo budująca jest też postawa wolontariuszy i personelu, którzy poświęcają swój wolny czas, żeby ich nakarmić, porozmawiać z nimi czy chociażby potrzymać za rękę. Wolontariusze i pracownicy nadają kolor temu miejscu. Jestem pewien, że chorzy czują się pośród nich jak w rodzinie. To oni wraz z personelem sprawiają, że można nazwać to miejsce domem. Oczywiście nie brak trudnych momentów. – Chociażby wtedy, gdy przychodzę następnego dnia rano i widzę puste łóżko. To na pewno niełatwa praktyka, ale umacniająca na drodze powołania. Kościół daje nam praktyki po to, abyśmy dojrzewali w powołaniu i stawali się mężczyznami. Moim zdaniem ksiądz powinien być prawdziwym facetem. Facetem twardo stąpający po ziemi, który będzie świadectwem również dla innych mężczyzn, że droga, którą wskazuje w Ewangelii Chrystus, to droga prawdziwego wojownika. W hospicjum mamy pole do walki, zwłaszcza ze swoimi słabościami – zauważa alumn. Michał jest dopiero na początku drogi, ale zachęca wszystkich myślących o kapłaństwie do odwagi w podejmowaniu decyzji. Przyznaje, że jego powołanie wzrastało dość długo. Poszedł do seminarium w wieku 25 lat. Wcześniej przez sześć lat pracował w bibliotece. – Cały czas szukałem Boga, choć może nie zdawałem sobie na początku z tego sprawy. Goniłem za tym, co dyktował świat, ale wzrastał we mnie głód, którego nic nie było w stanie zaspokoić. Jak się później okazało, był to głód Żywego Boga. Im bliżej Pana Jezusa byłem, tym mocniej wzbierało we mnie poczucie ważnej misji do wykonania. Sytuacje, które spotykały mnie w życiu, pozwoliły mi odczytać wolę Bożą – zwierza się Michał i dodaje: – Takich zaproszeń się nie odrzuca.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół