• facebook
  • rss
  • Nakręcili film o Polesiu

    dodane 03.08.2017 00:00

    „Polskie bagna, łąki i chutory do dziś w pamięci byłych mieszkańców jawią się jako kraina mlekiem i miodem płynąca. Życie toczyło się tam swoim rytmem wyznaczonym przez pory roku” – tak zaczyna się filmowa opowieść pt. „Polesie – raj utracony”.

    Film powstał dzięki Towarzystwu Miłośników Polesia i Białkowa, które w tym roku obchodzi swoje 10-lecie. To już trzecia grupa, która kultywuje tradycje Polesia. Pierwsze dwie działały w latach 1960–1962, następna – 1972–1974. Wtedy powstała też grupa śpiewacza o nazwie „Polesie”, która działała prawdopodobnie do 1984 roku.

    – My, potomkowie tych, których los i powojenna zawierucha rzuciły na ziemie odzyskane, staramy się zachować żywą pamięć i wielki szacunek do tradycji, obrzędów, obyczajów i kultury Polesia. Stamtąd są nasze korzenie. Nasi rodzice i dziadkowie właśnie stamtąd przyjechali – z Prużan, Pińska, Siechniewicz, Petelewa, Ragaczy, Berezy i innych poleskich miejscowości. Tam zostawili swoje gospodarstwa, młodość i miłość, przyjeżdżając w nieznane z wielką obawą, czy potrafią na nowo ułożyć życie, zapomnieć o rodzinnych stronach – wyjaśnia Leokadia Szołtun, prezes TMPiB. Aby tradycję łączyli z wiarą Do dzisiaj wiele osób rozmawia po polesku i kultywuje dawne tradycje. – Zachowało się wiele innych cennych pamiątek, które przechowywane są w utworzonej przez Towarzystwo Izbie Pamięci. Przy Towarzystwie Miłośników Polesia zawiązał się zespół śpiewaczy „Kryniczeńka”, który w swoim repertuarze ma głównie dawne pieśni poleskie – wyjaśnia prezes. – Obecnie śpiewamy je na różnych uroczystościach, promując w ten sposób naszą wieś, gminę, powiat i województwo. Organizujemy i bierzemy udział w różnego rodzaju imprezach, festynach i świętach ludowych, na których oprócz śpiewu promujemy poleskie kulinaria: pierogi, bliny, tołkanice czy kołduny, które cieszą się dużym zainteresowaniem wśród uczestników – dodaje. Największym przedsięwzięciem przy współudziale Zarządu Krajowego jest organizacja zjazdów krajowych byłych mieszkańców Polesia i ich potomków. Pierwszy zjazd odbył się w maju 2007 roku, a szósty 22 lipca tego roku. – Dwa pierwsze zjazdy były organizowane przy współudziale zarządu krajowego, a następne już robiliśmy sami przy pomocy miejscowych władz gminnych, podmiotów gospodarczych i osób fizycznych. Ich zasięg terytorialny jest duży, bo sięga poza granice naszego kraju i ludzie przywiązują do tego wagę. Teraz już nawet nie wysyłamy tylu zaproszeń, ale ludzie sami dopytują się, kiedy będzie kolejny zjazd – wyjaśnia pani Leokadia. Oczywiście w tych wszystkich działaniach Poleszucy nie zapominają o wierze. – My to kultywujemy i chcemy wszczepiać młodemu pokoleniu, aby tradycję łączono z wiarą – tłumaczy prezes. Z wurejem do kościoła Stowarzyszeniu wciąż nie brakuje nowych pomysłów. Jednym z ostatnich jest film, który sfinansowało Towarzystwo Miłośników Polesia i Białkowa. – Dr Wojciech Weryszko prowadził dialogi w języku poleskim, a Grzegorz Sawko był odpowiedzialny za montaż. W filmie usłyszymy nie tylko muzykę zespołu „Kryniczenka”, ale też utwory Adama Bałdycha – wyjaśnia pani Leokadia. Zobaczymy również wspomnienia dawnych mieszkańców Polesia, którzy osiedlili się w Białkowie. Wspominają przyrodę, życie codzienne i wojnę. Dla nich to jest rzeczywiście raj utracony. – Tam klimat był dobry. Przyjdzie wiosna, to wiosna. Deszcz popada, to nie tak jak tu, po deszczu chłodno. Tam woda paruje, cieplutko było. A zima to zima znowu, nikt grypy nie znał. Jak przyszli Bolszewiki, to było 40, 41 stopni mrozu – mówi Witold Weryszko (rocznik 1930). A tak Regina Radkiewicz (rocznik 1927) wspomina rodzinne Polesie: – Przed chatą było pięć jabłoni, grusza była duża. Jabłka zimówki, antonówki, papierówki. I jeszcze jakie tam… zapomniałam, takie piękne jabłka. A już za chatą były wiśnie i wysadzili chłopcy leszczynę, to rodziła orzechy. I posadziliśmy topolę. Ta topola, jak już odjeżdżaliśmy, to wyrosła taka gruba. Człowiek na Polesiu żył w jedności z przyrodą. – Ptactwa, ptactwa pamiętam, jak pasłem krowy. To jesienią jak naleci bocianów. Na łące krowy chodzą, a one między nimi, biało było. Chodzą, żaby łowią. Nazywali bociany wurej. (…) Mój wujek grzebień bociana trzymał w domu i do kościoła szedł z nim. Cztery kilometry przez błoto szedł z nim. Poszedł na Mszę, a bocian stał koło drzwi i czekał na niego. Jak wyszedł z kościoła, szli razem do domu – opowiada Henryk Weryszko (1928) i kontynuuje swoją opowieść: – Pszczoły u nas były, pszczoły trzymaliśmy. W dzień słońce nagrzeje, a w nocy parno, to nie siedziały w ulu. Wszystkie wychodziły na wierzch, każdy ul był tak obsypany pszczołami. Kraj mlekiem i miodem płynący był Petelewo...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół