Dom został na Podolu

jk

|

Gość Zielonogórsko-Gorzowski 49/2018

dodane 06.12.2018 00:00

– Tam ludzie pracowali ciężko i wszystko szanowali – wspomina Jan Adamczuk.

Nieczynny już dziś kościół w Dźwinogrodzie. Nieczynny już dziś kościół w Dźwinogrodzie.
Joanna Król /Foto Gość

Dla pana Jana z Zielonej Góry jego Kresy to Dźwinogród k. Buczacza nad rzeką Strypą. Przyszedł tam na świat w 1938 roku. Gdy wyjeżdżał z rodzinnych stron, miał tylko 7 lat, ale w pamięci pozostało wiele obrazów.

– Dokładnie 15 listopada 1945 roku musieliśmy opuścić ojczystą ziemię. Wtedy, już pod koniec października temperatura spadała do minus 15 st. C, a nas załadowali na wagony do przewozu kłód drewna i koleją podkarpacką pojechaliśmy do Oświęcimia. Tam nas przeładowali na wagony węglarki i wysłali na zachód. Do Zielonej Góry przyjechaliśmy 15 grudnia. Łącznie przebyliśmy 1500 km. Pamiętam to do dziś – opowiada zielonogórzanin. Tam, na Kresach, mieli psa, Burka. – Ojciec powiedział, że zostawiamy go Ukraińcom, którzy zamieszkali w naszym domu. Burek miał taki 13-metrowy łańcuch i proszę sobie wyobrazić, że wyrwał z ziemi kołek i z tym łańcuchem przybiegł 4 km do nas na stację. Wbiegł, kiedy pociąg – długi na 80 wagonów – już ruszył. Ojciec zdołał go chwycić i tak pies pojechał z nami na zachód – dodaje.

Buty dopiero przed kościołem

Pan Jan zapamiętał dobrze dom rodzinny. – Ojciec w 1928 roku wybudował dom, oborę, stajnię i budynek gospodarczy. Dach był pokryty blachą, która przetrwała do dzisiaj. Widziałem to na własne oczy, a byłem tam już trzy razy – w latach 2006, 2010 i 2012. Ojciec miał 5 ha ziemi, to wtedy mówiono, że bogacz. A ziemia była najlepsza, jaka może być. Mieliśmy pszenicę, plantację tytoniu, jęczmień i grykę – wyjaśnia pan Jan. – Pamiętam też dobrze piękne liściaste lasy. Dęby, buki i grab. A do tego rzeka Strypa. Dla chłopaków latem zajęcia tam było co niemiara, zimą też, bo szło się na narty albo sanki – dodaje. Inny obraz związany jest z kościołem. – Ludzie na Kresach byli bardzo wierzący i bardzo odpowiedzialnie podchodzili do wiary. W 1934 roku Polacy w Dźwinogrodzie wybudowali kościół – przypomina pan Jan i kontynuuje: – Chodziliśmy jednak często do Buczacza na poranną Mszę św. 4 km szło się nad rzeką Strypą. Buty oczywiście nieśliśmy przerzucone przez ramię i zakładaliśmy je dopiero przed kościołem. Szkoda było je zniszczyć.

Wojna na Podolu

We wsi mieszkało 260 rodzin polskich, 80 rodzin ukraińskich i cztery żydowskie. – Ojciec miał plantację tytoniu i w czasie wojny przez długi czas ukrywali się w niej Żydzi. To było ok. 10 osób. Nikt z Polaków ani Ukraińców nie doniósł na nich. Gdyby ktoś wydał, to wszyscy byśmy zginęli – wspomina zielonogórzanin. – Pamiętam, jak w lipcu 1944 roku Niemcy ewakuowali nas za linię frontu. Załadowali na wozy i zawieźli na stację. Tam wszystkich wsadzali do wagonów, które jechały prosto na roboty do Niemiec. Ale ojciec był na tyle sprytny, że wyciągnął umocowanie i koło nam odpadło z wozu. Wtedy Niemcy powiedzieli nam, żebyśmy odsunęli się na bok i dzięki temu zostaliśmy. Dookoła było słychać o bandach UPA, ale na szczęście w naszej miejscowości nie było zatargów między Polakami i Ukraińcami. Przez naszą miejscowość przechodziła trasa z Buczacza do Tarnopola i banderowcy nie mogli na nas napadać, bo byli zależni od tej drogi. Raz tylko była próba, ale szybko się skończyła, bo Polacy, którzy mieli patrole, oddali strzały w powietrze i Ukraińcy się wycofali. Zapamiętałem też głód przed żniwami w 1945 roku. Chodziłem do lasu, żeby naciąć lebiody do wiadra i z tego było śniadanie, obiad i kolacja przez miesiąc. To były ciężkie czasy, ale jak tam było pięknie. Niesamowite tereny i wyjątkowi ludzie… – dodaje.