Boże, jaki świat jest piękny!

ks. Marcin Siewruk

|

Gość Zielonogórsko-Gorzowski 31/2019

dodane 01.08.2019 00:00

Nauczyciel, artysta, poeta – człowiek spoglądający na świat z dystansem i podziwem. Nie tylko z okien santockiej wieży. Autor oszczędny w słowach i doskonały kompan w podróży.

Twórca na tle swoich prac. Twórca na tle swoich prac.
ks. Marcin Siewruk /Foto Gość

Jerzy Gąsiorek ps. Gąsior odbył wiele wypraw, głównie samochodowych lub rowerowych. Rajdy na dwóch kółkach naturalnie były ciekawsze. Bez zaglądania do notatek czy albumów Jerzy wymienia najciekawsze, przynoszące najwięcej satysfakcji, niezapomnianych przeżyć i wspomnień.

W poszukiwaniu piękna

– Pierwsza daleka samotna podróż – do Francji, pociągiem w lipcu 1977 r., w czasach głębokiej komuny. W Bruay-en-Ar- tois, w okolicach Lille, mieszkała siostra mamy – ciocia Anna – i moi kuzyni. Całe trzy tygodnie chłonąłem z zaciekawieniem inny świat. Syn kuzyna, George, zawiózł mnie przez Beauvais i Amiens do Paryża i zostawił na dwa dni w małym hoteliku. Zaczęło się moje dotykanie i smakowanie miasta. Paryż – miasto symbol, miasto artystów, hoteli. Notre Dame, Sacré Coeur, wieża Eiffla, Panteon, rozliczne pałace, wzgórze Montmartre i Montparnasse, mosty bukinistów, wreszcie Luwr, muzeum d’Orsay. Trzy tygodnie zleciały tak szybko… To było 50 lat temu, a obrazy pozostały jak żywe – wspomina Gąsior.

Kolejne wyjazdy łączyły się z prezentacją wystaw w Londynie, Jyväskylä, Skopje, Kijowie, Budapeszcie, Bratysławie, Wiedniu i Boglarlelle nad Balatonem.

Wystawa w Kijowie odbywała się w sali przy słynnej Ławrze. Jerzego zachwyciło wnętrze cerkwi i głębokie podziemia. Spacerował po nich samotnie. Pobyt zbiegł się z celebracją Wielkiego Tygodnia. – Pamiętam „piatnicę” (Wielki Piątek). Cały, łącznie z nocą, przesiedziałem w cerkwi, zasłuchany w chór, wiernych bijących pokłony, całujących ikony… Niepowtarzalne przeżycie – wspomina.

Kolejne samochodowe podróże wiodły na koniec Europy – Cabo da Roca nad Atlantykiem.

– Co za miejsca, co za zabytki! Konfrontowałem swoją wiedzę z realnymi obiektami. Boże, nie do wiary, jaki świat jest piękny… Tak wielkie wspaniałości stworzył człowiek – geniusz i kanalia. To stałe refleksje, które mi towarzyszą. Podziw dla możliwości człowieka i przerażenie, do czego jest zdolny – opowiada.

Następna podróż – przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię do norweskiego Nordkapp.

Ale jeszcze ciekawszymi podróżami okazały się wyjazdy rowerowe. Jerzy Gąsiorek przeszedł na emeryturę, miał 65 lat i postanowił wykorzystać czas maksymalnie, jak długo pozwoli na to zdrowie. Na początek wyjazd przez Ukrainę, Turcję, Gruzję do Armenii. – Daleka perspektywa. Zieleń, wzgórza, senne sioła i miasta-fortece, które przecież były nasze. Przypomniały mi się opisy Sienkiewicza: Żółkiew, Kamieniec Podolski, Zbaraż, wcześniej Poczajów, no i Krym. Z Sewastopola udałem się, wtedy jeszcze ukraińskim statkiem, przez Morze Czarne do Stambułu. Gwar, hałas i te wspaniałości z Hagią Sophią na czele. Znów przypomniały mi się cyfry, wymiary – tak często mówiłem o tej budowli młodzieży na lekcjach architektury. Anthemios Tralles i Izydor z Miletu… Nocowanie w głębokiej trawie w śpiworach pod rozgwieżdżonym niebem, a gwiazdy tak blisko i tak wyraźnie świecące… Kolejne mistyczne przeżycia! – opowiada podróżnik.

Druga wyprawa wiodła do Tallinna i z powrotem. Były też wyjazdy na Słowację, do północnej Rumunii. – Tyle dni podróży, tyle kilometrów… Ogrom przeżyć, nie sposób tego wszystkiego opowiedzieć. „Lepiej zużywać się niż rdzewieć” – to moja ulubiona dewiza życiowa. Póki mam siły, chęci i podstawowy sprzęt do przemieszczania się, będę kontynuował moje podróże. Tyle jeszcze do obejrzenia! – zapewnia.

Camino

Szczególnym przeżyciem była rowerowa podróż po pielgrzymim szlaku do Santiago de Compostela. Trzech pątników samolotem przetransportowało jednoślady do Bilbao i wyruszyło na Camino. Nie obyło się bez przygód. Nie wszystkie drogi były dostępne dla rowerów, a jazda pieszymi szlakami okazała się mało komfortowa. Do tego kapryśna pogoda. Dwukrotnie jazdę utrudniał deszcz, raz potężny wiatr wiejący z przeciwka. Jednak wrażenie robił nieprzerwany potok pielgrzymów. – Wszyscy idą życzliwi, uśmiechnięci. Pojedynczo i w grupach. Na trasie kilkakrotnie mijaliśmy się z nietypowym pielgrzymem, Francuzem, który z małym plecakiem pokonywał trasę biegiem. Około 300 km przed Santiago minęliśmy starszego człowieka, wyraźnie utykającego. Zmierzał do grobu św. Jakuba własnym, powolnym tempem, ciągnąc wózek. Budujące! – relacjonuje pielgrzym z Gorzowa Wielkopolskiego.

Wieża

Jak sam o sobie mówi, nie jest domatorem. Właściwie od zawsze nosi go tu i tam, chciałby tyle dotknąć, zobaczyć. Stąd podróże. Ale jest jedno miejsce, w którym spędził już kilka lat, chociaż pobyt ogranicza do okresu wiosenno-letniego. Wieża w Santoku została wzniesiona 84 lata temu przez Niemców ku czci szalonego wodza partii NSDAP. Gąsior wydzierżawił obiekt w opłakanym stanie. Poza kamiennymi murami, schodami, stropami i dziurawym dachem nie było nic. Wieża wymagała ogromnej pracy i środków finansowych, których młody nauczyciel nie posiadał. – Koniec lat 60. XX w. Jestem belfrem w budowlance, kawalerem bez stałego mieszkania, włóczącym się po internatach, stancjach i już z pasją składającym swoje asamblaże. Wielką fascynacją był Hasior. Rzeźbiarskie poczynania wymagały własnego kąta, choćby minipracowni. Kiedy nadarzyła się okazja z wieżą, robiłem wiele, żeby ją „zaanektować” – wspomina. Na początek trzeba było osadzić powalone, oryginalne drzwi. Potem przez fosę przerzucić prawie 10-metrową belkę, aby w miarę bezpiecznie przenosić materiały budowlane. Wodę nosił 100 metrów w górę, ze studni od kolejarza. Nie było prądu, więc kucie, borowanie, przebijanie się przez kamienny fundament odbywało się ręcznie. – Ile było radości z ukończonej pracy, kiedy można było zamieszkać w wieży! Jestem szczęściarzem, mając wokół piękne widoki. W dole Wartę i wpadającą do niej Noteć, rozległe łąki, oczka wodne, dąbrowy pełne zwierzyny… i te cudowne zachody słońca, burze, mgły, wiatry próbujące wypchnąć mi okna, księżyc odbijający się w wodach, rozgwieżdżone niebo, spadające gwiazdy… I tak piękne, różnorodne odgłosy ptaków. Wreszcie trzaskający kominek, sącząca się muzyka i swoboda myśli, pomysłów, które tam się rodzą. Tutaj łatwiej mi rozmawiać z Bogiem. W wieży powstała większość wierszy, prawie wszystkie pastele inspirowane Santokiem, niektóre z asamblaży. Lubię dni wietrzne, nawet deszczowe – wtedy na wzgórze docierają nieliczni. Jest coś magicznego w miejscu, gdzie stoi wieża – zapewnia gospodarz. Dlatego przyciąga wielu ludzi z różnych okazji. Były oświadczyny, spotkania drużyn harcerskich, sesje zdjęciowe, dni skupienia dla seminarzystów, Msze św. dla grupy biblijnej.

Pierwszy w Polsce

Od 1980 do 2006 r. Jerzy Gąsiorek kierował Galerią Sztuki BWA w Gorzowie Wlkp. i jak podkreśla, była to fascynująca przygoda. – Wciąż nowi artyści, nowe wystawy, radość z aranżowania, służbowe podróże po kraju i Europie. Plenery tkackie, obozy plastyczne dla młodzieży „Wakacje ze szkicownikiem”, budowanie kolekcji Hasiora i gromadzenie prac artystów gorzowskich, wreszcie pomysł, aby w państwowej placówce pokazać sztukę o tematyce religijnej – zapomniany, a niezwykle ważny nurt sztuk plastycznych na przestrzeni wieków – mówi były dyrektor gorzowskiej galerii. Tak powstał pierwszy w Polsce przegląd sztuki religijnej Sacrum, początkowo napiętnowany przez władze centralne, a potem zapomniany. Po transformacji przeglądy sztuki religijnej odbywały się pod patronatem bp. Józefa Michalika. Ostatnie Sacrum odbyło się w 2004 r. Za przeglądy sztuki religijnej został nagrodzony Medalem św. Brata Alberta w 1996 r. Jak sam podkreśla, to bardzo ważne wyróżnienie, ważniejsze niż gorzowski „Motyl” (nagrodzeni dostają statuetki z motylem, stąd potoczna nazwa nagrody) z 1999 roku.

Jesteś wybrańcem

Urodzony w 1941 r. w Granowcu koło Ostrowa Wielkopolskiego twórca krytycznie spogląda na świat i rzeczywistość, ale nie traci zachwytu. Z niedowierzaniem konstatuje, że jest jedną z 7 miliardów istot ludzkich. Istnieje, myśli, czuje tu i teraz. Podobnie zadziwia go zamieszkiwanie na Ziemi, planecie będącej drobiną w ogromie kosmosu. – Ach, żeby każdy człowiek zechciał to pojąć, zrozumieć, docenić – że jest wybrańcem mogącym doświadczyć cudu życia. Winien codziennie, obudziwszy się, pokłonić się Stwórcy, a potem każdego napotkanego człowieka przywitać uśmiechem, a może nawet uściskiem. Nie robimy tego, a szkoda – mówi Jerzy Gąsiorek.•