Pielgrzymka, pandemia i ślub

Krzysztof Król

|

Gość Zielonogórsko-Gorzowski 23/2020

publikacja 04.06.2020 00:00

Ich plany weselne pokrzyżowała pandemia koronawirusa, ale nie chcieli przekładać zaślubin przed Bogiem, bo bez tego nie wyobrażają sobie wspólnego życia i miłości.

▲	Sakrament małżeństwa przyjęty w czasie pandemii na pewno zapamiętają na zawsze. ▲ Sakrament małżeństwa przyjęty w czasie pandemii na pewno zapamiętają na zawsze.
zdjęcia Archiwum Uli i Mateusza

krzysztof.krol@gosc.pl Ona jest fizjoterapeutką, która kocha śpiewać. On – prawnikiem, pasjonatem czytania książek. Jak radzą sobie w czasie epidemii? – Jestem towarzyska, więc dla mnie to trudny czas nie tylko zawodowo, ale też prywatnie, ponieważ nie mogłam spotykać się z rodziną i przyjaciółmi – mówi Urszula Wilk z domu Szocik.

– Z charakteru jestem raczej domatorem, więc epidemia nie doskwiera mi tak mocno – uśmiecha się Mateusz. Co więc połączyło z pozoru bardzo różne osoby? Oczywiście miłość, ale także pielgrzymka.

Zaczęło się od Grodowca

Swoją pierwszą pielgrzymkę Mateusz odbył jako dziecko w wózku pchanym przez mamę. – W moim rodzinnym mieście jest tradycja pieszego pielgrzymowania we wrześniu do sanktuarium Matki Bożej Jutrzenki Nadziei w Grodowcu. To dystans około 20 km – wyjaśnia głogowianin.

– Z całą rodziną szliśmy tam każdego roku, niezależnie od pogody. Jednak prawdziwe pielgrzymowanie zaczęło się, gdy moje starsze rodzeństwo w 2001 roku wybrało się pierwszy raz na pielgrzymkę na Jasną Górę. Słuchając ich opowieści, również chciałem się wybrać na szlak. Pierwszy raz udało mi się pójść dwa lata później, kiedy miałem 12 lat, a w następnym roku po raz kolejny. Wtedy nastąpiła kilkuletnia przerwa i dopiero po drugiej klasie liceum z dwoma kolegami postanowiliśmy, że pójdziemy na Jasną Górę modlić się o pomyślne zdanie matury – dodaje.

Ula niemal całe życie mieszkała w Grodowcu, nad którym góruje sanktuarium Matki Bożej Jutrzenki Nadziei. Każdego roku widziała setki pielgrzymów zmierzających do tego miejsca. – Moja mama przyjmowała pielgrzymów. Chyba z tego powodu obudziło się we mnie pragnienie, aby samej ruszyć na szlak – wyjaśnia. – Chodziłam więc w pielgrzymkach z Głogowa do Grodowca. Jednak te 20 km to było zbyt mało i gdy już osiągnęłam odpowiedni wiek, postanowiłam spróbować czegoś więcej. W 2006 roku pierwszy raz poszłam na Jasną Górę. Potem było jeszcze osiem pielgrzymek do Częstochowy. Ponadto moi przyjaciele z pieszej pielgrzymki zorganizowali kilka lat temu pielgrzymkę rowerową na Jasną Górę i zaproponowali mi udział w niej w charakterze kierowcy i obsługi medycznej. Byłam z nimi już trzy razy – dodaje.

Od słowa do słowa

Co ciekawe, Ula i Mateusz chodzili do jednego liceum, ale poznali się dopiero na pielgrzymce. – Oboje szliśmy w Głogowskiej Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę, choć w innych grupach. Było to dokładnie 4 sierpnia 2010 roku, na koniec trzeciego dnia, gdy doszliśmy do Trzebnicy – opowiada Ula. – Łamałam trochę zasady pielgrzymki i opuszczałam własną grupę, aby w następnych dniach iść razem z nim. Dużo wtedy rozmawialiśmy i myślę, że już wtedy pomyśleliśmy oboje, że coś z tego może być. Pamiętam szczególnie, że podczas jednego długiego etapu bardzo marudziłam, ale on jakoś ze mną wytrzymywał, więc pomyślałam, że to może być ten właściwy – dodaje z uśmiechem.

Wszystko oczywiście bardzo dobrze pamięta też Mateusz. – Ula była wtedy taką pielgrzymkową gwiazdą, zawsze uśmiechnięta, pięknie śpiewała i znali ją wszyscy – podkreśla. – Dziwiłem się trochę, że po tym naszym spotkaniu i krótkiej rozmowie w Trzebnicy zaczęła przychodzić do naszej grupy, aby wspólnie pokonywać kilometry i rozmawiać ze mną, ale cieszyłem się, bo była bardzo miła i ładna, a rozmowy były ciekawe. Obecność Uli szczególnie pomogła mi ostatniego dnia pielgrzymki, gdy musiałem nieść tubę nagłaśniającą na bardzo długim etapie. Cały czas szła ze mną i w miłym towarzystwie czas szybko zleciał. Dopiero na koniec wróciła do swojej grupy, aby śpiewem wprowadzić ją na Jasną Górę – dodaje.

Teraz ślub, a wesele za rok

Czy wiara w Boga pomogła im zbliżyć się do siebie? Świeżo upieczeni małżonkowie są przekonani, że tak. – Oboje pochodzimy z silnie katolickich domów i wyznawanie wspólnych wartości tylko ułatwiło nam wzajemne porozumienie się. Myślę, że Pan Bóg pokierował naszym życiem w taki sposób, że ostatecznie zostaliśmy małżeństwem, ponieważ od momentu poznania się do naszego ślubu minęło blisko dziesięć lat – wyjaśniają małżonkowie. – Przez ten czas kontakt między nami urywał się, ale po jakimś czasie znów ta relacja odżywała. Ostatecznie zostaliśmy parą w 2018 roku, rok później zaręczyliśmy się, a dziś jesteśmy już świeżo upieczonym małżeństwem – dodają. Ceremonię ślubu i wesela wyznaczyli na maj 2020 roku. – Nikt wtedy nie przewidywał, że przez wirusa nasze plany ulegną zmianie. Do ostatniej chwili wierzyliśmy, że uda nam się zorganizować wesele. Natomiast kwestia zmiany terminu samego ślubu nigdy nie podlegała dyskusji. To sakrament był dla nas najważniejszy i wiedzieliśmy, że chcemy się pobrać – podkreślają Urszula i Mateusz.

– Jedynym zmartwieniem była liczba osób w kościele. Obawialiśmy się, że oprócz nas i księdza w świątyni będą mogli być jedynie świadkowie i może fotograf. To byłoby bardzo smutne, gdyby nawet nasi rodzice nie mogli być z nami. Do dnia naszego ślubu obostrzenia zostały jednak złagodzone i w kościele mogła pojawić się większa liczba osób. Nie ukrywamy, że brakuje nam tej kropki nad i, jaką byłoby wesele, ale staramy się myśleć pozytywnie. Aktualnie przełożyliśmy termin tej uroczystości na przyszły rok i mamy nadzieję, że odbędzie się ona bez przeszkód – dodają.

Uroczystość zaślubin odbyła się w Grodowcu, skąd pochodzi panna młoda. – Tutaj brali ślub moi dziadkowie i rodzice. Jestem bardzo związana z tym miejscem. Od pewnego czasu prowadzę przy parafii scholę dziecięcą. Namówiłam też Mateusza, który jeszcze z Głogowa zaczął przyjeżdżać tutaj na Mszę św., by po latach przerwy znowu zaczął służyć jako lektor. Oboje jesteśmy również zaprzyjaźnieni z kustoszem sanktuarium ks. Marcinem Kliszczem, który zawsze wspierał nas duchowo, otaczał swoją modlitwą i pobłogosławił nasze małżeństwo – wyjaśnia Ula. – Dzięki jego uprzejmości dla tych, które nie mogli pojawić się w kościele, została przeprowadzona transmisja Mszy św., którą obejrzało ponad sto osób. A sama uroczystość była piękna i wzruszająca. W końcu to jeden z najważniejszych dni naszego życia. Trzeba było jednak trzymać emocje na wodzy, ponieważ panna młoda nie powinna rozmazać makijażu – śmieje się.

Moja druga Mama

Wspólne pielgrzymowanie przez życie już rozpoczęte, oczywiście razem z Bogiem. – Urszula posługuje w kościele, śpiewając, a ja służę do Mszy, więc mieliśmy nieco łatwiej w czasie pandemii, bo w niedzielę i święta normalnie mogliśmy brać udział w Eucharystii. Smutno jednak, gdy kościół jest pusty – podkreśla Mateusz. Dla Urszuli najtrudniejsze było tegoroczne Triduum Paschalne. – Śpiewałam w pustej świątyni. Pomagała jakoś świadomość, że wiele osób ogląda transmisję online. Myślę jednak, że wielu ludziom, którzy nie mogli być wtedy w kościele, ta sytuacja pozwoliła docenić, jakie mamy w Polsce szczęście, że jest dużo kościołów, dużo księży i możliwość uczestnictwa we Mszach św. oraz dostęp do sakramentów, kiedy tylko chcemy. W swojej nowej pielgrzymce mają niezwykłego towarzysza drogi. – Kult Matki Bożej wyniosłem z rodzinnego domu. Moi rodzice dbali nie tylko o to, aby pójść w niedzielę do kościoła. Wraz z rodzeństwem zabierali nas również na majówki, w październiku na Różaniec, w Adwencie na Roraty, no i każdego roku na pielgrzymkę do Grodowca. Zostałem nauczony nieustannego zwracania się do Matki Bożej i traktowania Jej jak drugiej Mamy – wyjaśnia Mateusz.

Urszula myśli podobnie. – Wychowałam się w cieniu sanktuarium i Maryja zawsze była obecna w moim życiu. To też moja druga Mama. Poza tym jako kobiecie łatwiej jest mi rozmawiać z drugą kobietą i za Jej wstawiennictwem „wkradać się” w łaski Pana Jezusa. •