• facebook
  • rss
  • Została jedna grusza

    dodane 13.03.2014 00:15

    Zapewne pan Witold niektóre wydarzenia wolałby wymazać z rodzinnych wspomnień. Nie jest to jednak możliwe, bo w głowie ma obrazy śmierci bliskich. O tragedii nie pozwala zapomnieć także dziura od siekiery na głowie.

    Pan Witold przyszedł na świat w 1930 roku. – Mieszkałem w województwie Wołyń, powiat Sarny, miejscowość Parośla – rozpoczyna swoją historię. – Miałem wesołe dzieciństwo. Pamiętam kwiaty, kolory, zapachy, piękne łąki i lasy. Do szkoły mieliśmy trzy kilometry, chodziliśmy w grupie, wszyscy koledzy z Parośli, było nas około dziesięciu. Szajka taka, dowodził Tadzik, wysoki, chudy – kontynuuje z uśmiechem.

    Parośli zabrano życie

    Dzieciństwo jednak szybko się skończyło. 9 lutego 1943 r. wcześnie rano rodzinę pana Witolda zbudził głośny łomot do drzwi. Był to oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii, który zajął całą wieś. Sztab ulokował się w domu jego rodziców. – Zaczęliśmy z moją siostrą Lilą ich liczyć. Było ich 16. Niektórzy mieli karabiny, inni siekiery, a jeszcze inni widły. Powiedzieli, że zostaną do wieczora i pójdą – opowiada Witold Kołodyński. Sterroryzowali domowników, zażądali żywności, a na koniec zapytali o siekierę. – Zastanawiałem się, po co im siekiera – wspomina Witold Kołodyński. Oprawcy zabili najpierw sześciu kozackich wartowników. – Po wszystkim kazali nam wejść do sypialni. Po chwili jeden z nich powiedział, że muszą nas związać, bo jak Niemcy przyjdą, to mogą nam krzywdę zrobić, a tak nam nic nie zrobią. Jak wyszedł, mama powiedziała do ojca, że to banda ukraińska i nas wymordują. Bałem się, nie wiedziałem, dlaczego chcą to zrobić. Przecież myśmy im żadnej krzywdy nie zrobili… – wspomina pan Witold ze ściśniętym gardłem. Wkrótce potem ciosy siekiery spadły na głowy Polaków: dziadka, babci, ojca, matki, półtorarocznej Bogusi, 9-letniej Teresy i 12-letniego Witka... Ocalało tylko dwoje ostatnich – Witold i Lila. Zranione dzieci spędziły noc obok ciał najbliższych. – Rano wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy, że nigdzie nie ma życia – opowiada pan Witold.

    Wspólna mogiła

    Żona pana Witolda – Stanisława Kołodyńska od lat zajmuje się dokumentacją mordów na Wołyniu. W Parośli zamordowano wtedy 173 Polaków. – Spisałam wszystkie nazwiska. Żeby dzieci wiedziały. Siostra męża też bardzo o to zabiegała – mówi pani Stanisława. Z całej Parośli ocalało pięć osób. Ciała zamordowanych spoczęły we wspólnej mogile na posesji Jezierskiego, obok gospodarstwa Kołodyńskich. – Jak tylko rozeszła się wiadomość o tym, co się stało, ludzie zjechali się z różnych stron, aby pochować zmarłych – opowiada pani Stanisława, która zna w detalach historię rodziny męża. – Wszystko odbywało się w pośpiechu, nie było czasu myć ani przebierać zabitych. Każdy bał się, że tamci wrócą i oni też zginą. Na pogrzebie był ks. Damian Wawrzynowicz. Na grobie postawiono ogromny dębowy krzyż – dodaje.

    Antin i betonowy krzyż

    Pierwszy raz państwu Kołodyńskim udało się pojechać do Parośli dopiero w 2003 roku. Wizyta wstrząsnęła panem Witoldem. Po jego rodzinnej osadzie nie pozostało ani śladu. – Od razu poznałem, gdzie była studnia i grusze. Tylko jedna przeżyła i zaszemrała na powitanie. A tak wszystko zniszczone – wspomina Witold Kołodyński. Dębowego krzyża już nie było, ale zaskoczeniem dla przybyłych tam Polaków był inny krzyż – betonowy. W 1974 roku postawił go ukraiński kombatant Antin Kowalczuk. Na jego podstawie wyrył napis, że mieszkańcy Parośli zginęli z rąk ukraińskich nacjonalistów. Litery wycinał w miękkim betonie, tak aby nie można było ich zatrzeć. Pani Stanisława, gdy zobaczyła krzyż, wiedziała, że brakuje tylko jednego: nazwisk ofiar. Od tamtej pory robiła wszystko, by otrzymać zgodę na umieszczenie na mogile tablicy z listą zamordowanych Polaków. Mimo wielu przeszkód nie poddała się, ale było warto. Druga wyprawa w rodzinne strony odbyła się w 2008 r. pod auspicjami Komitetu Pamięci Polaków Przybyłych z Kresów Wschodnich we Wschowie, który założyła właśnie pani Stanisława. Na miejscu czekała ich niespodzianka. Przygotował ją Krzysztof Krzywiński, zaprzyjaźniony ze wschowskimi kresowianami architekt z Chełma, znawca Kresów. – Ukraińcy, którzy nas zaprosili, witali nas chlebem i solą. Byliśmy zaskoczeni tą serdecznością – wspomina S. Kołodyńska. – Był tam też polski ksiądz z Sarn. Po raz pierwszy po 65 latach zebrała się tam na modlitwie tak liczna grupa Polaków. Przepiękna uroczystość. Zobaczyliśmy wreszcie tablicę z nazwiskami pomordowanych – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół