• facebook
  • rss
  • Parascewia z Przystani

    dodane 24.07.2014 00:00

    Ma 90 lat, 7 dzieci, 19 wnuków, 13 prawnuków i jednego praprawnuka. Nie narzeka na nic, cieszy się życiem i dziękuje Bogu za każdy dzień.

    Stanisława Kmiciewicz, zielonogórzanka, swoje wspomnienia spisuje dla rodziny, bliskich i znajomych. – Takiej pamięci życzę wszystkim moim rówieśniczkom – mówi z uśmiechem.

    Chleb z własnego pieca

    Nie zawsze nazywała się Stanisława, ale Parascewia, ponieważ pochodzi z ukraińskiej rodziny. O tym jednak później. – A więc urodziłam się, by żyć. A było to 9 listopada 1924 roku, w małym przysiółku Brzeziny, oddalonym 2 km od wsi Przystań w powiecie żółkiewskim, w województwie lwowskim. Pamiętam wielką zimę w 1928 roku. Spałam ze swoją kochaną babcią na drewnianym tapczanie, który nazywano „bambetlem”. Na noc wysuwało się dużą szufladę. Były tam siennik z sianem, własnej produkcji prześcieradło z płótna lnianego i duża poduszka – opowiada pani Stanisława, która mieszkała w drewnianym domu.

    Tej zimy śniegu napadało pod samą strzechę. – Przez okno zobaczyłam, jak moja mama stała wysoko na śniegu z tyczką w ręku, szukając studni, bo trzeba był napoić krowy. Do obory była zrobiona ścieżka, jej boki miały 1,5 metra, i dalej tunel pod strzechą obory. Drugiej takiej zimy w życiu nie widziałam. W domu bogato nie było, lecz zawsze wesoło. Niemal wszyscy sąsiedzi też żyli z rolnictwa i pracowali na własnych gospodarstwach. – Łąki kosami kosili, grabiami grabili, całe żniwa sierpem żęli, na garściach suszyli. Potem w snopy powiązali, w półkopki stawiali. Dużym wozem drabiniastym do stodół zwozili i tam na klepisku cepami młócili. Potem każda wiejska kobiecina sama chleb upiekła i nigdy się nie żaliła – wspomina.

    Przystań Jana III Sobieskiego

    Gdy Parascewia miała 6 lat, poszła do szkoły w Przystani. Tam usłyszała na lekcji od Janiny Radzikowskiej historię miejscowości, której nazwę miał nadać nie kto inny, jak sam Jan III Sobieski. – Jeździł ze swoją świtą w tutejsze lasy na polowania, a że było to 65 km od Lwowa, to właśnie pod wielkim dębem niedaleko cerkwi i plebanii król odpoczywał ze swoim wojskiem, i to on nazwał moją wieś „Przystań” – mówi pani Stanisława. Gdy rozpoczęła się wojna, miała 15 lat. – Pamiętam, pasłam krowy, aż nagle dość nisko przeleciało 5 niemieckich samolotów i poleciało w kierunku Lwowa. Nastała cisza i po wszystkim – wspomina. – Początkiem października z samego rana było słychać ze wschodu straszny turkot, jakby z dziesięć młocarń naraz pracowało. My, jako podrostki ciekawe, co tam takiego do wsi dojeżdża, pobiegliśmy te 2 km, a tu czołgi ruskie i wojsko na koniach! W 1944 roku Parascewię aresztowano. Została wywieziona do pracy w Austrii, w okolice Wiednia. – Dotarliśmy do dużego gospodarstwa pana Stöcklera. Praca była ciężka, ale byliśmy dobrze traktowani, dostawaliśmy kilka posiłków dziennie – wspomina zielonogórzanka.

    Powiedziałam: „Polka”

    Po zakończeniu wojny ruszyła w drogę powrotną. Transport najpierw dotarł do Budapesztu. – Powiedzieli nam, że na placu będzie rejestracja Polaków, bo muszą nas odwieźć do Krakowa. Stanęliśmy w długiej kolejce, a że ja dziewczyna o długich warkoczach, z ojca i matki z ukraińskiej rodziny, nie chciałam wracać pod Rosję, bo już się napatrzyłam, jak na Sybir wywozili – opowiada. – Miałam 20 lat i 6 miesięcy i jak mnie pan rejestrujący spytał o imię ojca i matki, odpowiedziałam: „Jakub i Łacjana”. Spojrzał na mnie i spytał: „Polka?”. Odpowiedziałam: „Polka”. Uśmiechnął się i napisał: „Polka” – opowiada. Podczas jednego z postojów Parascewia jadła chleb z masłem. – Wówczas ujrzałam chłopaka, który łakomie patrzył na mój posiłek. Zrobiło mi się go żal, podzieliłam się z nim. Okazało się, że był to Władysław, Polak spod Brzeżan. Jechał z Bawarii tylko z pustym plecakiem. I tak ten chłopak już mnie się trzymał i dźwigał te moje walizki. Dużo było takich jak my z tamtych stron, wszyscy zastanawiali się, w którą stronę iść – wspomina. Na postoju w Nowym Targu pani Stanisława usłyszała, jak matka po ukraińsku prosi córkę o przyniesienie wody. Podeszłam i zapytałam, gdzie jadą, a oni odpowiedzieli: „My nie Ukraińcy, my Polaki. Tam mordują Polaków”. A my nie czytali gazet ani radia nie słuchali. Wracałam z Austrii i nie wiedziałam, że tam Ukraińcy Polaków zabijają. Przed wojną była zgoda, żenili się Ukraińcy z Polakami i na odwrót. I nie wróciliśmy już w rodzinne strony – mówi. Drugi raz zarejestrować się trzeba było w Krakowie. – Stanęliśmy razem z Władkiem. Szef komisji wątpił, czy jestem Polką. Na to Władek obruszył się i powiedział, że jestem jego żoną i mam na imię... Stanisława. Nic nie mówiłam i tak zostało. Rok po zakończeniu wojny wzięliśmy ślub – śmieje się.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Wnuczek
      07.08.2014 13:36
      Kocham moją babcię, jestem dumny ze mam taką babcię, jest najlepsza! tak trzymaj i zycze sto dwadzieścia lat babciu!
    • wnuczek Kuba
      04.12.2014 19:02
      Babciu , nie wiedziałem że masz na imię PARASCEWIA.
    • Wnuk Marcin
      29.10.2015 12:03
      Masz nie tylko Wnuka Marcina ale jeszcze kolejnych trzech prawnuków :) Pan Bóg Ci pobłogosławił...
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół