• facebook
  • rss
  • Yerba, piłka i parafialna fiesta

    dodane 21.08.2014 00:15

    Misjonarz z Argentyny. Trudny gorący klimat, ciężka praca i bieda, a w tym wszystkim poszukiwanie Boga i głoszenie Ewangelii – to w skrócie warunki pracy misjonarza.

    Ksiądz Mirosław Żadziłko na misje do Argentyny wyjechał w październiku 2009 r., razem z ks. Pawłem Ptakiem. Po dotarciu na miejsce w Misiones początkowo pracowali razem, później z powodu braku lokalnych powołań każdy z kapłanów dostał swoją parafię. – W Misiones przed nami byli już misjonarze, także polscy księża werbiści. My przyjechaliśmy po półrocznej nieobecności księdza w parafii. Był tam tylko kapłan, który dojeżdżał na Msze św. parafialne do jednego kościoła w soboty i niedziele. Po roku biskup nas rozdzielił i każdy z nas dostał samodzielną parafię. Tak zostałem proboszczem parafii św. Michała Archanioła w Misiones – opowiada misjonarz.

    Mieszkańcy Niebieskiego Wzgórza

    Misiones to prowincja wysunięta najdalej na północ Argentyny, cypel między Paragwajem i Brazylią. Wizytówką tego miejsca jest wodospad Iguasu, charakterystyczny jest też trudny klimat, bo temperatura dochodzi do 40, a nawet do 45 stopni C., natomiast wilgotność powietrza osiąga 99 proc. – Misiones to prowincja, w której pracuję. Kościół parafialny znajduje się w miejscowości Cerro Azul (Niebieskie Wzgórze) i należy do diecezji Posadas. Moja parafia obejmuje 3 gminy, w których mieszka ok. 10 tys. osób. W parafii oprócz kościoła głównego mam 19 kaplic dojazdowych – wyjaśnia ks. Żadziłko. – Parafian trudno policzyć, bo to teren, na którym jest duża migracja ludności. Mieszkańcy Misiones są pochodzenia europejskiego, ich pradziadkowie między innymi w okresie międzywojennym emigrowali z Niemiec, Czech, Szwajcarii, Włoch czy Ukrainy. Są też rodowici Argentyńczycy – dodaje. Parafia ks. Żadziłki zróżnicowana jest nie tylko pod względem etnicznym, ale także wyznaniowym. – Religią dominującą jest katolicyzm, ale nie brakuje tutaj również grekokatolików, żydów, ewangelików i najprzeróżniejszych sekt, które są bardzo agresywne i ekspansywne. Zdobycie jakiegokolwiek nowego członka to wielki zaszczyt i zysk, szczególnie materialny. Każdy bowiem wyznawca w owych sektach jest zobowiązany do płacenia pastorowi co miesiąc 10 proc. ze swoich dochodów. To taka dziesięcina, która jest bardzo mocno egzekwowana. Dlatego potrzebne jest świadectwo życia chrześcijańskiego i formacja całej społeczności katolickiej, by była mocna w jedności i w swoim wyznawaniu wiary – dodaje. Sekty bazujące na odłamach ewangelickich rozbijają relacje międzyludzkie, wkraczają we wspólnoty katolickie, dzielą rodziny. – Czasem bywa tak, że rodzice są katolikami, a dzieci należą do sekty i z tego powodu rodzą się ogromne konflikty. Często w jednej wiosce są np. cztery grupy religijne, łącznie ze Świadkami Jehowy – mówi misjonarz.

    Na czerwonej żyznej ziemi

    Życie codzienne nie ma wielu atrakcji. Ludzie mieszkają w większych skupiskach albo na odległych koloniach i schodzą się raz w miesiącu na Mszę św. do kaplicy. Argentyńczycy większość czasu przeznaczają na ciężką pracę w polu. Brak tu cywilizacyjnego postępu, dlatego pracują za pomocą prostych narzędzi, maszyn i wołów. – Tereny mojej parafii są różnorodne. Są miejsca górzyste, gdzie ludzie uprawiają mandiokę (odmianę ziemniaka), tytoń, warzywa i pomarańcze. Są też niziny, gdzie rozpościerają się ogromne plantacje herbaty, i tereny, na których uprawia się ryż – wymienia kapłan. W czasie wolnym mieszkańcy oprócz oglądania telewizji grają w piłkę i piją yerba mate (wywar z liści ostrokrzewu paragwajskiego). – Są to ludzie opuszczeni przez rząd i struktury administracyjne. Potrzebują pomocy i rozmowy. Na każdej płaszczyźnie – mentalnościowej, duchowej i materialnej – trzeba z tymi ludźmi być – mówi ks. Żadziłko.

    W oczekiwaniu na fiestę

    Misiones to parafia rozległa, dlatego niemożliwe jest odprawianie Eucharystii we wszystkich 19 kaplicach i kościele parafialnym w każdą niedzielę. Parafianie nie są jednak pozostawieni bez duszpasterskiej opieki. – Sprawuję cztery Eucharystie w sobotę i cztery w niedzielę. W każdej kaplicy Msza św. odprawiana jest raz w miesiącu. W parafii mam 120 ministrantów, 50 katechetów, a wśród nich szafarzy Komunii św., którzy pomagają mi w pracy duszpasterskiej. W kaplicach, w których nie ma Eucharystii, organizowane jest nabożeństwo liturgii słowa wraz z Komunią św. – mówi misjonarz.

    – Ponadto w parafii istnieją grupy młodzieżowe, które formują się na podstawie kursów biblijnych i rekolekcji. Jest też katecheza, która odbywa się poza szkołą, w salkach katechetycznych. Dzieci mają swoją grupę misyjną, są również Legiony Maryi. Mamy także muzyczny zespół parafialny „Alma Misionera” i coroczny Festiwal Muzyki Chrześciańskiej – dodaje. Ważnym wydarzeniem w życiu parafii jest odpust. – Główny odpust parafialny obchodzimy 29 września, ale każda kaplica ma swojego patrona i dlatego w ciągu roku mam 20 odpustów. To duże wydarzenie w ciągu roku w danej wspólnocie. Oprócz Eucharystii i procesji jest m.in. obiad, w postaci asado, czyli pieczonej wołowiny i prosiaków. Są konkursy i zabawa taneczna. Na taką fiestę przybywa ok. 2 tys. osób, bo przyjeżdżają całe rodziny i sąsiedzi z okolicznych miejscowości – tłumaczy misjonarz.

    Miejsce dla wszystkich

    Największym problemem w pracy duszpasterskiej są wspomniane wcześniej sekty, jednak, jak zauważa ks. Żadziłko, potrzeba wytrwałości w wierze i modlitwy, wsparcia, które dociera do najdalszych zakątków świata. – Mamy normalne duszpasterstwo i nie robimy z tego propagandy i rekrutacji. Nie prowadzimy polityki ekspansywnej, nie oczekujemy niczego w zamian, tak jak sekty. Przypominam sobie sytuację, kiedy przyszedł do mnie dwudziestokilkuletni chłopak i prosił o chrzest. Nie był ochrzczony, bo rodzice zostawili mu wolną rękę w kwestii wyboru wiary. Próbował się odnaleźć w różnego rodzaju kościołach i sektach, i nigdzie nie znalazł takiej wolności i pokoju jak w Kościele katolickim, gdzie pomimo swojej grzeszności, którą czuł, nie został odrzucony. To jest właśnie piękne w naszym Kościele, że jest miejsce dla wszystkich – mówi kapłan. – Największą satysfakcją dla mnie jest życzliwość ludzi, z którą się spotykam. Pamiętam, jak jechałem kiedyś z kolegą samochodem w Posadas. Zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. Dobiegł do nas policjant i zapukał w szybę. Zdziwiliśmy się bardzo. Przywitał nas z uśmiechem i zapytał, czy go pamiętam. Powiedział, że tydzień temu ochrzciłem jego dziecko i chce właśnie podziękować za chrzest. To jest taka obopólna radość i sens pracy duszpasterskiej – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół