• facebook
  • rss
  • Kresy rozdarte na pół

    dodane 27.11.2014 00:00

    W ostatnim kresowym odcinku naszego cyklu odwiedziliśmy pana Adama pochodzącego z Uhnowa. Tamte strony pamięta dobrze także pani Maria.

    Pani Maria – podobnie jak bohater poprzedniego odcinka – opuściła swój dom rodzinny nie zaraz po II wojnie światowej, ale dopiero w 1951 roku. Przypomnijmy, do tego roku Uhnów był w granicach Polski. Po wymianie „terytoriów przygranicznych między Polską a ZSRR” został włączony do Sowietów. Stamtąd, w wieku 9 lat, razem z rodziną pojechała na Zachód – do Chlebowa k. Gubina. Od 1969 roku mieszka w Zielonej Górze. – W moich rodzinnych stronach było tak pięknie! Nie da się tego opisać. Do dzisiaj pamiętam zapach łąki i kwiatów albo to, jak po żniwach wszyscy wracali ze śpiewem i kąpali się w Sołokiji – mówi emerytowana nauczycielka Maria Buchta-Socha.

    Dziecięce wspomnienia i strach

    Na początku rozmowy pani Maria podchodzi do ściany i pokazuje kolejne obrazki, namalowane przez koleżankę. – Mój kościół z Uhnowa, moja chatka pod strzechą, a tu kaplica na rozstajnych drogach, do której chodziliśmy na Boże Ciało. Te obrazki to moje najważniejsze wspomnienia z dzieciństwa – podkreśla. Marcin i Zofia Buchtowie mieli pięcioro dzieci. Ojciec był szewcem, a mama zajmowała się domem. – Rodzice przeżyli Niemców, przeżyli banderowców, ale wywózki nie przeżyli, bo jak przyjechali na Zachód, to poumierali – mówi zielonogórzanka. Z dzieciństwa zachowała w pamięci wiele własnych wspomnień, ale równie wiele pamięta z opowieści najbliższych. – Mieszkaliśmy nad samą rzeczką Młynówką, zaraz obok była duża rzeka Sołokija. Koło mojego domu było jej rozlewisko. Pamiętam, już po wojnie, braliśmy z ojcem kosz od ziemniaków i wsiadaliśmy do balii, którą płynęliśmy do zatopionego gazika. Tam gnieździło się bardzo dużo szczupaków i zawsze kosz tych ryb wyciągaliśmy – wspomina pani Maria. Sielankę przerwała wojna. – Przedtem wszyscy w zgodzie żyli, czy Żyd, czy Ukrainiec, czy Polak, nawet Niemcy byli. A to, co później się stało, to nie mieści się w głowie! Rodzice żyli w strachu i dwa razy musieli uciekać przed banderowcami. Raz do Jarosławia, a raz pod Tarnobrzeg, skąd pochodziła moja mama – opowiada pani Maria. – Dużo od nich przeżyli.

    Z wizytą u Sokalskiej Pani

    O swoich rodzinnych stronach pani Maria mówi: „Moje Kresy są rozdarte na pół”. – Po jednej stronie granicy Uhnów, Bełz, Sokal, a po drugiej – Tarnoszyn i Dyniska, Myślatyn. W Bełzie było sanktuarium z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, ponieważ kiedyś był tam oryginalny obraz Czarnej Madonny, który zawieziono na Jasną Górę. Pamiętam, był tam kamień, o którym mówiło się, że swoją stopę odcisnęła w nim Matka Boża. Jak z ojcem przyjeżdżałam na pielgrzymki, to trzeba było obejść kościół na kolanach i pocałować ten ślad – opowiada. Natomiast w Sokalu, w klasztorze ojców bernardynów, był obraz Matki Bożej Sokalskiej. Po II wojnie światowej został przewieziony do kościoła bernardynów w Krakowie. – Proszę sobie wyobrazić, w 2002 roku oglądam telewizję podczas wizyty Jana Pawła II w Kalwarii Zebrzydowskiej i widzę, że papież będzie zakładał korony na ten obraz. Dowiedziałam się również, że będzie przewieziony do Hrubieszowa, który znajduje się 50 km w linii prostej od Sokala. Od razu skontaktowałam się z moim kuzynem w Radzyniu Podlaskim i znajomym ks. Andrzejem Gromadą w Lublinie, którzy pochodzą z Uhnowa. I tak spotkaliśmy się razem w Hrubieszowie przed obrazem Matki Bożej – kontynuuje.

    Tu się urodziliśmy

    Pani Maria była kilka razy w rodzinnych stronach. – Pierwszy raz pojechałam w 1991 roku. Wszystko tak samo było. Pamiętam, że szukałam pompy, którą zawsze mijaliśmy jako dzieci, idąc do kościoła czy szkoły. Z niej piliśmy wodę albo myliśmy zakurzone nogi. Dziś już jest za płotem u kogoś w ogródku – wspomina zielonogórzanka. – Byliśmy na cmentarzu. Niestety, jest bardzo zniszczony. Poszliśmy też zobaczyć cerkiew pięknie odbudowaną. Na miejscu spotkaliśmy chłopca, który gdy nas zobaczył, powiedział, że pobiegnie po księdza. Ten wyszedł w zielonej sutannie, otworzył i pokazał cerkiew. Każdy mu rzucił trochę grosza, a na koniec zrobiliśmy wspólne pamiątkowe zdjęcie. Dwa lata później znów tam pojechałam. Zabrałam ze sobą to zdjęcie na wypadek, gdybym spotkała tego księdza, żeby dać mu w prezencie. I rzeczywiście – spotkałam go i wręczyłam mu fotografię, a on do mnie: „A co wy tutaj tak często przyjeżdżacie? Marzy się wam Polska od Bałtyku po Morze Czarne?”. Odpowiedziałam: „Proszę tak nie mówić, nie wolno nienawiści rozsiewać. Do tych stron tęsknimy, bo tu urodziliśmy się i chcemy je znów zobaczyć”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół