• facebook
  • rss
  • Ponad ludzkie siły

    ks. Marcin Siewruk

    |

    Zielonogórsko-Gorzowski 47/2015

    dodane 19.11.2015 00:00

    W ciągu jednej nocy i kilku godzin przedpołudniowych do miasta przybyło 
więcej uchodźców niż było mieszkańców. Ci, którzy mieli najwięcej szczęścia, 
czekali w wagonach kolejowych albo w budynku granicznej stacji dworca, 
jednak większość koczowała pod gołym niebem.

    Około południa całkowicie zaskoczone sytuacją władze miasta otrzymały decyzję z Warszawy, aby wpuścić uchodźców na terytorium Polski. Zmarzniętych i zdezorientowanych ludzi, mężczyzn, kobiety i płaczące dzieci, skierowano do stajni w dawnych koszarach wojskowych, do największych budynków w miasteczku, w których mogły schronić się tysiące uchodźców.


    Godziny na „ziemi niczyjej”


    To nie jest futurystyczny i czarny scenariusz wydarzeń, które mogłyby mieć miejsce, to już się rozegrało w Zbąszyniu w 1938 roku. 28 października 1938 r. około godz. 20 patrol policji natknął się na ogromną grupę ludzi (654 osoby) nielegalnie przekraczających „zieloną granicę”, między Polską a Niemcami, w pobliżu Zbąszynia. Funkcjonariusze byli całkowicie zdezorientowani i zaskoczeni taką liczbą ludzi obładowanych walizkami i tobołkami. Dotychczas policjanci spotykali małe grupy przemytników zajmujących się nielegalnym przewozem towarów. Wśród przerażonych i zmarzniętych osób było wiele rodzin z dziećmi. Zgodnie z procedurą komendant komisariatu cofnął uciekinierów do granicy i otoczył kordonem. Wszyscy z niepokojem czekali na decyzje. Sytuacja z godziny na godzinę stawała się trudniejsza, nie tylko ze względu na fatalną pogodę; noc była bardzo zimna i deszczowa, a do tego ciągle od strony Niemiec przychodziły setki uchodźców, innych dowoziły pociągi, taka sytuacja trwała przez całą dobę. W okolice Zbąszynia wygnano z terytorium Niemiec ponad 9 tys. osób. W tym czasie z III Rzeszy wydalono 17 tys. obywateli polskich, uznawanych przez władze niemieckie za Żydów. Wiele z tych osób od lat mieszkało i pracowało w Niemczech, duża część urodziła się na terytorium Niemiec. Wydarzenia z końca października były całkowitym zaskoczeniem dla polskiej dyplomacji, a tym bardziej dla nieprzygotowanej na taką ewentualność straży granicznej i służby kolejowej.


    Kryzys uchodźców


    Miasteczko Zbąszyń w ciągu kilkunastu godzin stało się obozem dla uchodźców. W takiej kryzysowej sytuacji trzeba było działać szybko, ponieważ tysiące ludzi potrzebowały pomocy. Władze miasta przy współpracy z policją zorganizowały miejscowych przedsiębiorców, kupców, piekarzy i rzeźników, aby mogli nakarmić głodnych ludzi. Mieszkańcy Zbąszynia rozdawali gorącą wodę, czasami kawę czy herbatę dla zziębniętych i wyczerpanych ludzi. Sytuacja uchodźców była dramatyczna – nie mieli ze sobą wystarczającej ilości pieniędzy, ponieważ policja niemiecka nie pozwoliła im zabrać gotówki czy kosztowności ze swoich domów. Liczba ludzi potrzebujących pomocy całkowicie przekraczała możliwości lokalnych władz i społeczności, na pomoc zdesperowanym przybyli przedstawiciele organizacji żydowskich z Polski i zagranicy. Beznadzieja ludzi wygnanych ze swoich domów w Niemczech stawała się coraz większa, ponieważ ze względu na dyplomatyczne pertraktacje nie mieli też możliwości wyjazdu ze Zbąszynia do Polski, do swoich rodzin. Pomimo utrudnień ludziom udawało się przedostać na terytorium Polski, do Anglii czy Palestyny. Kryzysowy stan w Zbąszyniu trwał przez 10 miesięcy, aż do rozpoczęcia II wojny światowej. Ostatni pociąg z uchodźcami wyjechał w kierunku Warszawy w ostatnim dniu sierpnia, a 1 września został zbombardowany przez niemieckie samoloty. 


    Łzy szczęścia


    Tysiące załamanych i zdezorientowanych ludzi musiało przetrwać rzeczywistość, która przerastała swoją brutalnością najgorszy sen. Ale w tym strachu, beznadziei nie zabrakło wzruszających momentów. Ottylie Rimpel wspominała: – Drugiego dnia zauważyliśmy oddalony od głównej ulicy piękny ogród, w którym po trawie z gracją przechadzały się rajskie ptaki. Na początku pomyśleliśmy, że to park, jednak kiedy weszliśmy do ogrodu, zobaczyliśmy biały, mile prezentujący się dom. Był całkiem inny od zwykłych wiejskich domów w tej wsi… Zapukałam do drzwi. Wysoki, starszawy rolnik otworzył drzwi, przyjrzał się nam i powiedział coś w rodzaju: „Czy jesteście jednymi z tych Żydów, których wyrzucili Niemcy? Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, nie jesteśmy przyjaźnie nastawieni do Żydów”. Mężczyzna mówił płynnie po niemiecku. W jednej chwili straciłam całą nadzieję, ale pomyślałam – co mam do stracenia? – i zapytałam, czy moglibyśmy spędzić noc w jednej z szop na narzędzia. Zapłacilibyśmy za zakwaterowanie. Wyjaśnił nam, że ten dom należy do jego syna, który jest „biskupem” i mieszka w Krakowie, oraz że nie może pozwolić nikomu wejść do domu, dopóki nie porozmawia z synem. Powiedział nam, abyśmy wrócili wieczorem… Nadszedł wieczór. Był piątek. Nieśmiało zapukaliśmy ponownie do drzwi rolnika. Ku naszemu zaskoczeniu otworzył drzwi na oścież i poprosił, abyśmy weszli do środka. Zabrał nas do salonu z tyłu domu. Na stole leżał lśniący obrus, mnóstwo jedzenia i paliły się świece. Możesz sobie wyobrazić, jak wszyscy zaczęliśmy płakać. Byliśmy w tym czasie pod ogromnym napięciem i tak piękne powitanie było czymś ponad nasze siły.
Książka „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie” pod redakcją Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka dokładnie opisuje wydarzenia ze Zbąszynia.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół