• facebook
  • rss
  • W potrzebie przychodzi dobry anioł

    dodane 17.12.2015 00:00

    Opowieść wigilijna. – Kiedy ludzie dowiadują się, ile mamy dzieci, to nieraz słyszymy: „Zwariowaliście? Jak chcecie utrzymać rodzinę?”. Odpowiadamy wtedy: „Mamy Ojca w niebie. Jest bardzo bogaty” – mówią z uśmiechem Agnieszka i Adam Klimczakowie z Głogowa

    Najstarszy jest Jakub (13 lat), potem Samuel (11 lat), Piotrek (9 lat), Janek (7 lat), Beniamin (6 lat), Franciszek (4 lata), Anielka (3 lata), Róża (2 lata) i w końcu Jeremiasz (8 miesięcy). – To dziewięcioro, ale w sumie mamy dziesięcioro dzieci. Stasiu zmarł przed porodem, w dziesiątym tygodniu ciąży – wyjaśnia Adam. – Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę. Choć nie myśleliśmy, że aż tak dużą. (śmiech) To Pan Bóg otwiera nas na życie. On zabiera strach. Oczywiście, po ludzku zawsze są obawy, ale cały czas doświadczamy, że Pan Bóg jest z nami i opiekuje się naszą rodziną. Nieraz jest trudno, ale nigdy niczego nam nie brakowało. W potrzebie zawsze przychodził jakiś dobry anioł – kontynuuje Adam, który pracuje na kolei. – A ja jestem kurą domową i jestem z tego dumna – uśmiecha się Agnieszka. – Jesteś panią domu! – poprawia ją Adam. Ona śmieje się i dodaje: – Mam czas dla siebie, bo mam kochanego męża. Jak mam ochotę iść gdzieś z koleżankami, to wychodzę. To nie jest tak, że cały dzień siedzę w domu.

    Cierpienie bez Boga to piekło

    W życiu Klimczaków nie brakuje radości, ale i trudnych doświadczeń. Najtrudniejszym była ostatnia ciąża. Ale zacznijmy od początku. Pierwsze komplikacje były już przy narodzinach Róży. – Urodziła się w 32. tygodniu ciąży. Łożysko się odkleiło i konieczna była cesarka – opowiada Agnieszka. – Kiedy Róża miała pół roku, okazało się, że znów jestem w ciąży. To było dla nas bardzo trudne doświadczenie. Powiem szczerze, że byłam przerażona i przeszłam straszny kryzys wiary. Przez trzy miesiące nie chodziłam do kościoła. Jesteśmy od prawie od 15 lat na Drodze Neokatechumenalnej, od zawsze w Kościele, a tutaj takie zwątpienie… Krzyczałam do Boga i mówiłam: „Panie Boże, dlaczego dajesz mi takie cierpienie? Pół roku po cesarce znowu jestem w ciąży! Czy Ty w ogóle mnie kochasz?” Dzieci zaczęły mnie pytać: „Mamo, a dlaczego Ty się z nami nie modlisz?”. To wszystko wydawało mi się nie do uniesienia – kontynuuje. Na szczęście głogowianka dała się namówić na  wyjazd na konwiwencję, czyli dni skupienia wspólnoty neokatechumenalnej. Było już naprawdę krytycznie, ale w porę chwyciła za koło ratunkowe. – Modliłam się: „Boże powiedz mi coś, abym uwierzyła, że to Twój plan”. Rozważałam Pismo Święte, krzyczałam o jakieś Słowo, jakiś znak. Nic. Pustka. Nie rozumiałam słów, które Bóg do mnie kieruje. Jakieś Słowo o starym i nowym Adamie... Buntowałam się, ale poszłam do spowiedzi – opowiada i dodaje: – Kapłan zaczął od słowa, które chwilę wcześniej czytałam w Piśmie Świętym. Niesamowite! W jednym momencie doświadczyłam, że Bóg ma plan i przestałam się bać. Dziś mogę powiedzieć, że jestem wdzięczna za to doświadczenie, bo mogłam zobaczyć jak wygląda cierpienie bez Boga, a później jak wygląda cierpienie z Bogiem. To pierwsze cierpienie to piekło.

    Wody odeszły w 25 tygodniu

    Na Trzech Króli musieli szybko jechać do szpitala. – W 16. tygodniu ciąży zaczęłam krwawić. Ale tym razem mieliśmy już pokój w sercu, że Pan Bóg nad wszystkim czuwa. Okazało się, że łożysko znowu zaczęło się odklejać. Musiałam leżeć tydzień w szpitalu. Wróciłam do domu, a w 18. tygodniu to samo. Na szczęście ku naszemu zdziwieniu lekarz powiedział, że zmiany się cofnęły. To nie był jednak koniec komplikacji. W 25. tygodniu odeszły mi wody i znowu pojechaliśmy do szpitala. Dzięki Bogu okazało się, że na dyżurze był mój lekarz prowadzący, który od razu powiedział, że w Głogowie nie ma żadnych szans na ratowanie dziecka i trzeba jechać do Wrocławia – wspomina Agnieszka. – Pojechałam trochę wystraszona, ale pełna optymizmu i chęci walki. Tamtejszy lekarz powiedział, że to 25. tydzień i dziecko ma zerowe szanse na przeżycie, dlatego najlepiej będzie wywołać poród i po sprawie. Czyli taka „cicha aborcja”. Powiedział też: „Pani ma ośmioro dzieci i ma pani dla kogo żyć. Nie można ryzykować!”. Ja jestem generalnie cykor, ale wtedy stanowczo powiedziałam lekarzowi, że ma walczyć o dziecko. On zapytał: „Jest pani pewna swojej decyzji?”. Odpowiedziałam: „Tak. Jeśli moje dziecko nawet umrze, to ma pan przyjść do mnie i powiedzieć, że zrobił pan wszystko co w pańskiej mocy, aby je uratować”. Agnieszka musiała oczywiście zostać w szpitalu. – Wody cały czas odpływały, dlatego trzeba było nawadniać organizm. Podnosiła mnie na duchu pewna dziewczyna, też Agnieszka. Ona była wtedy 26. tygodniu, a w bezwodziu leżała od 15. tygodnia. Pomyślałam sobie, że ja jestem już w 25. tygodniu, to skoro ona tyle wytrzymała, to widocznie się da – opowiada. – Lekarze też naciskali u niej na aborcję bo miała do tego podstawy medyczne. Było blisko, ale na szczęście do tego nie doszło i wytrwała z ciążą do 32. tygodnia. Urodziła małą Zosię, która miała tylko jakieś nieduże problemy skórne i ortopedyczne, ale generalnie to zdrowa dziewczynka, a wcześniej straszyli ją, że będzie chora – dodaje. Jeremiasz urodził się w 27. tygodniu ciąży i ważył 1200 g. Łożysko zupełnie się odkleiło i trzeba było natychmiast robić cesarkę. To nie był jednak największy problem. – Zaraz po porodzie wydawało się, że wszystko jest z dzieckiem w porządku. Szybko jednak okazało się, że Jeremiasz nie mógł samodzielnie oddychać – wyjaśnia Adam i kontynuuje ze łzami w oczach: – Niedługo po porodzie siostra zawołała mnie i powiedziała: „Trzeba będzie ochrzcić dziecko, bo nie wiadomo, czy przeżyje”. Każda doba była walką o kolejny oddech Jeremiasza. – Nasz synek początkowo leżał pod respiratorem oscylacyjnym. W płucach nie było pęcherzyków. Lekarze mówili, żebyśmy nie liczyli na nic, bo stan jest krytyczny. 50 dni pod respiratorem, a potem prawie do samego końca pod tlenem – wyjaśniają rodzice. Cały czas w inkubatorze był obrazek ze św. Charbelem i św. Joanną Berettą Mollą. Tę drugą świętą poznali dzięki jednej z pacjentek. – W szpitalu pojawiła się Ilona, która miała trojaczki. Jedno dziecko poroniła w 12. tygodniu ciąży, a w 26. tygodniu urodziły się Natalka i Emilka. Natalka przeżyła tylko dobę, ale Emilka walczyła dzielnie – mówi Agnieszka. – Jej mama miała szczególne nabożeństwo do św. Joanny. Lekarze robili, co mogli, ale w pewnym momencie przyszli bezsilni do Ilony i powiedzieli, że musi się pożegnać z córeczką, bo przeżyje góra dwie doby. Ilona nie przestawała się modlić… Na drugi dzień zaczęła się poprawa. Żołądek zaczął pracować, a Emilka z dnia na dzień zaczęła łapać oddech. Po miesiącu wyszli do domu. Ten cud był niesamowity! Taki namacalny! Nasz Jeremiasz wyszedł ze szpitala po 85 dniach od narodzin. Dokładnie w dzień zaplanowanego przez lekarza porodu – dodaje.

    Największe marzenie

    W czasie ciąży i po urodzeniu głogowska rodzina doświadczyła wielkiej miłości i wsparcia ze strony wspólnoty neokatechumenalnej, parafii, oraz dziadków. – Jak Adam został sam w domu, bracia i siostry przychodzili i pomagali. Przynosili obiady, zajmowali się dziećmi, a przede wszystkim modlili się za nas. Nasz proboszcz ks. Janusz Idzik codziennie wspominał nas na Mszy św. To było niesamowite. Przyznam, że z Bogiem cierpienia przeżywa się inaczej. A na końcu okazuje się, że były one błogosławieństwem – tłumaczy Agnieszka. O czym marzy głogowska rodzina? – Aby nasze dzieci, jak dorosną, były w Kościele. A jak do tego jeszcze będą na Drodze Neokatechumenalnej, to już w ogóle będzie super, bo to jest droga wzrastania w wierze – zapewniają małżonkowie. – Droga daje nam zobaczyć Boga, który jest żywy. Nie Boga, który siedzi sobie gdzieś w niebie i z góry za dobre wynagradza, a za złe karze. Boga pełnego miłości, który opiekuje się nami każdego dnia. Dzięki temu możemy codziennie się nawracać, a mamy z czego. Droga daje nam też na nowo poznać nasze małżeństwo i nasze relacje. Czasem kłócimy się prawie na noże. (śmiech) Bywało tak, że szliśmy na liturgię wspólnotową po dwóch stronach ulicy, bo byliśmy tacy wściekli na siebie, ale wracaliśmy jedną stroną. To piękne doświadczenie, który uczy nas, co to jest miłość. Agnieszka i Adam dziś cieszą się swoją rodziną, ale łatwo nie jest. U Róży i Jeremiasza zdiagnozowano dziecięce porażenie mózgowe. – Róża ma częściowy niedowład nóżek i musi cały czas być rehabilitowana. Co będzie z Jeremiaszem? To tak naprawdę się okaże. Jakby mi kiedyś ktoś powiedział, że będę miała dwoje dzieci z porażeniem mózgowym, to bym zwątpiła i powiedziałabym, że nie nadaję się. Dziś przyjmuję te dzieci jako dar. Tak naprawdę nie wybiegamy myślami zbytnio do przodu. Nasze życie to droga do Boga, który ma na nie najlepszy plan – mówią głogowianie. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół