Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Życie splecione ze śmiercią

„Stanął czas zachwycony” – tak w swoim zeszycie napisała w dniu wybuchu powstania warszawskiego. Miała wtedy 25 lat.

Zofia Krzywińska z Dobiegniewa ma już 102 lata i dziękuje Bogu za swoje życie, które wcale jej nie oszczędzało. – Urodziłam się w Warszawie w 1914 roku – zaczyna swoją opowieść. – Przyszłam na świat w szpitalnej klinice przy ul. Nowogródzkiej, gdzie spędziłam prawie sześć miesięcy na kontroli. Na szczęście okazało się, że wszystko jest w porządku i prawidłowo się rozwijam – dodaje.

Karmiąca ciocia, ukochany dziadek i Piłsudski

Życie też nie rozpieszczało jej rodziców. Oboje musieli ciężko pracować, aby związać koniec z końcem. – Mama, podobnie jak tatuś, dostała pracę na poczcie, dlatego babcia z dziadkiem zabrali mnie do siebie do Łowicza. Wkrótce tatuś poszedł na wojnę, z której już nie wrócił. Nie miałam okazji go poznać i nie wiem nawet, gdzie jest pochowany – opowiada mieszkanka Dobiegniewa. – U dziadka i babci spędziłam pierwsze sześć lat. Mama pracowała w Warszawie i przyjeżdżała do mnie raz na dwa miesiące. Karmiła mnie piersią moja ciocia, która miała kilka miesięcy starsze dziecko. Jadłam, że aż mi się uszy trzęsły. A babcia z dziadkiem się śmiali – dodaje. Uczyć się pojechała już do Warszawy. – Tam dostałam się do szkoły i bursy sióstr elżbietanek. W urzędzie miasta otrzymałam też stypendium jako półsierota do 18. roku życia. Poszłam do pierwszej klasy i zaraz po Bożym Narodzeniu przesunęli mnie do drugiej, bo już dobrze liczyłam i czytałam. To dzięki dziadkowi. On był dla mnie wszystkim – uśmiecha się. Z Warszawą wiąże się wiele wspomnień. Jako dziecko widziała na własne oczy Józefa Piłsudskiego. – Kiedyś nawet jego córki to były moje koleżanki. Zjeżdżałyśmy razem na sankach na Agrykoli. Na koniec przychodził Piłsudski w tym swoim długim płaszczu i pytał: „A koziołki były?”. Później mówił do mnie: „Zosia, zobacz, co jest w kieszeni mojego płaszcza”. Sięgnęłam ręką, a tam było mnóstwo cukierków dla nas. Mówił do swoich córek o mnie: „To jest Wasza siostra. Jej tato zginął na wojnie” – wspomina pani Zofia i kontynuuje: – Jak byłam starsza, to moim ulubionym miejscem spacerów były Ogród Saski i park Ujazdowski. Później też lubiłam chodzić na wojskowy cmentarz na Powązkach. Szłam i zbierałam po drodze kwiaty na groby. Szukałam też grobu mojego tatusia – opowiada pani Zofia.

Chciała uczyć w szkole, a została sanitariuszką

Przed wojną Zofia ukończyła seminarium nauczycielskie. W lipcu 1939 roku dostała pracę w szkole w powiecie łowickim i wezwanie na miesięczny kurs pierwszej pomocy w Warszawie. Od września miała zacząć uczyć. Niestety, nie zdążyła. – Był piękny wrześniowy wschód słońca. Potem spadły bomby – wspomina pani Zofia. – Swój pierwszy posterunek miałam między Powązkami i Żoliborzem. Była wielka trema. Mój pacjent był niefortunnie ranny w podbrzusze. Naokoło stali żołnierze, nie dotarło chyba jeszcze do nich, że zaczęła się wojna. Zaczęli sobie żartować, mówiąc, że chcieliby, aby takie rączki też ich opatrywały. Pierwszy raz w życiu tak się zdenerwowałam! Powiedziałam: „Do cholery, odejdziecie czy nie!”. Później dostałam pochwałę od lekarza, który powiedział, że dzięki mnie pacjent nadal będzie stuprocentowym mężczyzną – dodaje. Sanitariuszką była też oczywiście w czasie powstania warszawskiego. – Gdy przyszła godzina „W”, odśpiewaliśmy „Rotę”. Zapału było bardzo dużo – opowiada pani Zofia. – Byłyśmy jak najlżej ubrane, na szaro. Nie mogłyśmy mieć białych fartuchów, bo strzelano do nas nawet wtedy, gdy nieśliśmy rannego na noszach. Wtedy życie przeplatało się ze śmiercią. Pamiętam, jak na moich rękach umierał młody chłopak – dodaje. Swoją pracę zawsze rozpoczynała znakiem krzyża. – W czasie powstania bardzo mocno udzielali się księża. W bramach były robione ołtarze. Powstańcy przyjmowali Komunię św., a potem biegli na linię frontu. Jak wchodziliśmy do kanału, robiliśmy sobie wzajemnie na czole krzyżyki. W kanałach woda po pas i szczury. Człowiek normalnie oddychał dopiero wtedy, gdy zobaczył światełko. Niemcy oczywiście odkryli, że korzystamy z tej drogi i przy wylocie kanałów ustawiali żołnierzy. Cała masa ludzi została pod ziemią – opowiada. Niestety, musieli się poddać. – Gdy przyszedł koniec, wszyscy byli załamani – wspomina pani Zofia, która tak opisuje powstanie warszawskie w swoich notatkach: „Kiedy wybiła 17.00, zerwała się Warszawa, a wszystkie marzenia uleciały pod niebo razem z gołębiami. Odbijali cię Warszawo młodymi sercami. Znowu byłaś wolna, swoja, przedwojenna, biało-czerwona. Flagami pokryły się ulice. Była Polska wieczorem i od rana. I znowu w południe i jeszcze tak wyśniona, dziewicza. Wiemy, co było później, ktoś zatrzymał się w marszu i za Wisłą został. Ktoś dokończył Katyń. Zmowa zniewolenia. Gdy już zgasły światła Jałty i zgasła nadzieja. A werble już do szturmu nie biją w noc ciemną. Widzę ich na ulicach co roku wciąż bliżej i biegną do powstania i żywi są ze mną”.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy