• facebook
  • rss
  • Bez zegarków lepiej się żyło

    dodane 05.01.2017 00:00

    – Na Trzech Króli robiło się pszenicę, to nasza kutia, tylko rzadsza. Stawiało się ją na stole razem ze szklanką wody i talerzem, aby trzej mędrcy, jeśli zgłodnieją, mieli co jeść – opowiada Marta Najdek z Wichowa k. Kożuchowa.

    Bukowina to kraina położona pomiędzy Karpatami Wschodnimi a środkowym Dniestrem. Dziś północna Bukowina należy do Ukrainy, a południowa – do Rumunii. To właśnie stamtąd pochodzą Górale Czadeccy, jak chociażby Marta Najdek, która przyjechała na ziemię lubuską jako 10-letnia dziewczynka. Ze swoimi dziadkami i rodzicami przywiozła całą masę bukowińskich tradycji.

    Wszyscy chodzili do kościoła

    Pani Marta mieszka w Wichowie, ale na świat przyszła na Bukowinie w 1936 roku. – Dokładnie to województwo czerniowieckie, powiat storożyniecki, a wieś Dawideny-Nowy Zrąb. Mieszkali u nas ludzie różnej narodowości – Polacy, Cyganie, Żydzi, Ukraińcy i Rusini, ale wszyscy w zgodzie żyli – zapewnia pani Marta i kontynuuje: – Na Bukowinie żyło się z roli. Było co robić, bo wszystko rękoma się robiło, nie było żadnej maszyny. Człowiek był wtedy samowystarczalny. Tato mój tkał na krosnach płótno, z którego robiło się koszule i wszelką odzież. Był też stolarzem, kołodziejem i wykonywał wszelkie inne prace w domu. Taka złota rączka. Oczywiście od małego we wszystkim pomagaliśmy rodzicom. Najpierw gęsi się pasło, a potem krowy. Słońce wschodziło, to szło się na pole, a jak zachodziło, to się wracało. Wtedy zegarków nie było i lepiej się żyło. Przede wszystkim wesoło! Pamiętam, jak ludzie się schodzili wieczorami do domów i po prostu śpiewali. Ludzie na Bukowinie byli bardzo wierzący. – Tam wszyscy chodzili do kościoła. Każde jedno święto było obchodzone. Jak był odpust, to odwiedzaliśmy inne świątynie. Pamiętam, jak byłam z mamą na odpuście w cerkwi prawosławnej. Oczywiście w niedziele i święta nikt nie pracował i tak jest do tej pory – opowiada pani Marta, która na Bukowinie przyjęła chrzest i Pierwszą Komunię Świętą. – Wszystko, czego nauczyłam się przed Pierwszą Komunią, pamiętam do dziś – zapewnia wichowianka. Spokojne i szczęśliwe życie przerwała wojna. – Wiosną 1945 roku byliśmy ewakuowani 40 km od domu, bo niedaleko naszej wsi miał iść front – opowiada pani Marta. – Zwierzęta zabraliśmy ze sobą, ale i tak trzeba było jeździć na pole, aby wszystko obrobić. Później okazało się, że front poszedł nie koło nas, ale dalej. Na jesień wszyscy wróciliśmy do domu, ale wkrótce dowiedzieliśmy się, że musimy jechać na Ziemie Zachodnie. Wszyscy myśleli, że pojedziemy i wrócimy, ale już tu zostaliśmy… Dwa transporty pojechały jesienią w 1945 roku, a ostatni był na wiosnę w 1946. I my właśnie w nim byliśmy. Nasza rodzina osiedliła się w Złotniku. Miałam dziewięcioro rodzeństwa. Dwoje zmarło na Bukowinie, jak panował tyfus, pięcioro nas przyjechało do Złotnika koło Żar, a troje już tu się urodziło.

    Wichowianki z Wichowa

    Bukowina to przede wszystkim wiele tradycji, chociażby tych świątecznych. – Jak tylko Adwent się zaczął, to wszystkie chłopaki od małego spotykali się, żeby uczyć się kolęd – wspomina pani Marta. – W Wigilię od rana szykowało się wszystko. Jak pierwsza gwiazdka zaświeciła, nasamprzód była modlitwa, potem dzielenie się opłatkiem. Następnie brało się czosnek, mówiąc: „Nie łupim cię do żywego, ale strzeż mnie od wszystkiego złego”. Ten ząbek czosnku brało się w łupince, czosnek trzeba było zjeść, a łupinę wyrzucić. Pierwszą potrawą była pszenica i do dzisiaj tak jest. Potem kolejne: zupa grochowa, fasolowa, ryby, pierogi z kapustą i grzybami, grzyby, bób i różne inne potrawy. Na stole w każdym razie było 12 dań. Kolędy oczywiście śpiewało się przede wszystkim do Pasterki. W pierwszy dzień świąt po kolędzie chodzili mężczyźni, którzy zbierali ofiarę na kościół. Mówili na nich „bratki” – wspomina. Pani Marta na Bukowinie była już kilka razy. – Pierwszy raz w 1993 roku. Pojechaliśmy, bo w Storożyńcach w naszym powiecie oddali kościół, gdzie po wojnie zrobiono magazyn. Jak ludziom oddali kościół i zrobili odpust na św. Anny, to postanowiliśmy też tam być. Oczywiście pojechaliśmy także do naszej wioski i byliśmy w naszym kościele. Jak zobaczyłam to miejsce, gdzie przyjmowaliśmy Pierwszą Komunię, naprawdę się wzruszyłam. W moim domu nie byłam, bo już go nie ma – opowiada ze łzami w oczach pani Marta. Pani Marta śpiewa w Zespole Górali Czadeckich „Wichowianki”. Mieszkańcy rodem z rumuńskiej Bukowiny, w tradycyjnych strojach, śpiewają bukowińskie pieśni i kultywują tradycję. Przez wiele lat pani Marta dzieliła się bukowińskimi zwyczajami w Muzeum Etnograficznym w Ochli. – Współpracowałam ze skansenem od 1972 roku. Chleb piekłam, przędłam, tkałam, najróżniejsze rzeczy robiłam, żeby przekazać tę naszą tradycję następnym pokoleniom – wspomina. Pani Marta tradycje bukowińskie przekazuje przede wszystkim rodzinie. A ma komu! Czworo dzieci, 14 wnuków i 11 prawnuków. Najważniejsze jest jednak świadectwo jej codziennego życia, a to małżeńskie mówi samo za siebie. – Już prawie 61 lat będzie, jak z mężem ślubowaliśmy przed Bogiem – mówi z uśmiechem wichowianka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół