• facebook
  • rss
  • Nie daj Boże nikomu

    dodane 16.02.2017 00:00

    Rodzice przekazali im, żeby byli dobrzy, szanowali ludzi i kochali Boga. Do dzisiaj żyją tymi zasadami, ale nie zawsze otrzymywali to samo od innych.

    Maria i Józef Mydłowscy z Budziechowa koło Lubska. Oboje mają swoje korzenie koło Monasterzysk, które leżą na terenie dzisiejszej Ukrainy. Pan Józef urodził się w Słobódce Górnej w 1931 roku. Natomiast kilka kilometrów dalej, w Oleszy, w 1936 roku na świat przyszła pani Maria z domu Krzesaj. – Mieszkaliśmy blisko siebie, ale poznaliśmy się dopiero tutaj – wyjaśniają małżonkowie.

    Warkocz w studni

    – To była piękna ziemia – stwierdzają zgodnie. Spokojny żywot przerwała wojna. – Pamiętam, jak niemieckie samoloty bombardowały naszą wieś. Aby uniknąć śmierci, mama wyniosła nas na pole w pierzynie. Pamiętam odgłosy zabijanych zwierząt, to było straszne – wspomina pani Maria. Straszniejsze, ludzkie, krzyki dopiero jednak nadeszły, kiedy zaczęły się mordy banderowców. – U nas dużo Polaków mieszkało w koloniach na obrzeżach wsi. Jak już zaczęły się rozróby, to oni pierwsi wyjechali. Tam mieszkała też koleżanka mamy. Pamiętam, jak przyszła do nas i powiedziała, że chce tam jeszcze pójść, żeby coś zabrać. Moja mama mówiła, żeby nie szła. Ona jednak uparła się i poszła, mówiąc, że jej wujek Rusin w razie czego ją obroni. Poszła i została zamordowana, a potem wrzucona do studni. Kiedy później paśliśmy krowy, zauważyliśmy warkocz w studni. Zaczęliśmy krzyczeć i uciekać, a ukraińscy chłopcy szybko powrzucali tam kamienie, żeby nic nie było widać – opowiada Maria Mydłowska.

    Już szli po nas

    Tych historii okrucieństwa było niestety znacznie więcej. Pani Maria opowiada o kobiecie, którą zmasakrowali banderowcy. – Jej matkę zabili, a ona cudem przeżyła. Cała była poharatana, a w dwóch dłoniach zostały jej tylko trzy palce. Kiedy się ocknęła, zawinęła chustkę na głowie i poszła do domu Ukraińca, który ją poranił. Jego rodzina zaczęła krzyczeć: „Duch! Duch”, a ona na to: „Ja nie duch! Wieź mnie do lekarza”. I ten Ukrainiec ją zawiózł. Lekarz pozszywał ją, ale widząc jej stan, nie dawał jej szans na przeżycie. Moja mama codziennie nosiła jej świeżą śmietankę i jajka, żeby doszła do siebie. Przeżyła – opowiada mieszkanka Budziechowa. Rodzina pani Marii też była krok od śmierci. – My i mama już spaliśmy, ale ciocia nasłuchiwała, czy ktoś nie idzie. W pewnym momencie usłyszała krzyki. Banderowcy szli w naszym kierunku, a w rękach mieli błyszczące siekierki. Ciocia zobaczyła naszego sąsiada Rusina, który do nich podszedł i, jak później się dowiedziała, powiedział im: „Tu nie ma co. Dajcie spokój! Tu same baby”. I oni zrezygnowali. To było zgodne z prawdą, bo tata już do wojska na ochotnika poszedł – wyjaśnia pani Maria, dodając: – Niedługo potem przyszedł taki jeden Ukrainiec do mamy i powiedział: „Czy ty chcesz jechać? Czy tu zostać?”. Mama na to: „Ja ci nie powiem, bo się boję”. A on na to: „Jeśli chcesz zostać, to musisz pójść do cerkwi i zmienić wyznanie, a jeśli nie, to musisz wyjechać”. Spakowaliśmy się i wyjechaliśmy.

    Zabili ciotkę, wujka i kuzyna

    Podobnie było w miejscowości pana Józefa. – Na wschodzie Ukraińcy tak Polaków mordowali, że nie wiedzieliśmy, gdzie iść spać. Mama zawsze nas rozdzielała: ty idziesz tutaj, ty tam, a ty tam. Rano wstawaliśmy prędko, żeby nikt nie wiedział, gdzie byliśmy. Tata zrobił też kryjówkę w gnoju i tam też się ukrywaliśmy – opowiada pan Józef. – Najgorsze morderstwo było u nas, kiedy w jedną noc zabili dziewięć osób. To było w lipcu, przed żniwami w 1945 roku: zabili ciotkę, wujka i kuzyna… Widziałem to. Ciotka leżała porżnięta, wujek też, a kuzyn tak zbity, że granatowy. Po tym wydarzeniu od razu się wyprowadziliśmy. Tam tak mordowali, że nie daj Boże nikomu – kontynuuje. Poczuć bezpiecznie mogli się dopiero w Budziechowie. Podróż na zachód trwała sześć tygodni. – Nie było wagonów krytych, jechaliśmy w cztery czy pięć rodzin, i jeszcze krowa. Ciężka to była podróż, nie daj Boże nikomu – opowiada pan Józef. Ale najgorsze były wszy. – Kiedy przyjechaliśmy i zajęliśmy dom nr 68 w Budziechowie, mama rozpaliła w kuchennym piecu. Kazała wszystko z siebie zrzucać, wykąpała nas, a ubrania wyprała. Zaczęliśmy normalnie żyć.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół