• facebook
  • rss
  • Tata już z nami nie wrócił

    dodane 22.06.2017 00:00

    – Dzieciństwo? To był najsmutniejszy okres mojego życia. Byłam wtedy na Syberii – mówi Bronisława Rabuszewska.

    Pani Bronisława mieszka dziś w Gorzowie Wlkp., ale większość życia spędziła w Witnicy. Jednak jej korzeni należy szukać na terenie dzisiejszej Ukrainy. Dokładnie w Kamionkach Wielkich (powiat Kołomyja, województwo Stanisławów), gdzie w 1933 roku przyszła na świat. – Mój ojciec Michał był osadnikiem wojskowym. Pracował jako krawiec. Miał uczniów z okolicznych wsi, którzy zimą uczyli się u niego zawodu, a latem pracowali w polu. Mieliśmy dom, zabudowania gospodarcze, inwentarz i 12 morgów ziemi, w tym las – opowiada pani Bronisława.

    Pluskwy wychodziły ze ścian

    Gdy wybuchła wojna, miała tylko sześć lat, ale wciąż nosi w pamięci obrazy z jej początku – chociażby przelatujące nisko samoloty czy jadące na front czołgi. Najgorsze jednak przyszło 10 lutego 1940 roku. – W nocy, gdy jeszcze spaliśmy, do naszego domu weszło dwóch Ukraińców i jeden Moskal, wszyscy z karabinami, lufami skierowanymi w naszą stronę. Jeden z nich odczytał rozkaz i powiedział, że mamy pół godziny na spakowanie się. Zawieźli nas na stację kolejową do Korszowa i kazali wsiadać do wagonów towarowych. Cały nasz dobytek pozostał w domu – wyjaśnia pani Bronisława. Po kilku tygodniach jazdy pociąg w końcu się zatrzymał. – Była to stacja Komarczaga. Czekały tu na nas małe koniki zaprzężone w sanie, którymi odbyliśmy dalszą podróż w głąb tajgi. W pewnym momencie moje sanie się przewróciły, wpadłam w śnieg. Byłam przerażona, bo konwój się oddalał. Na szczęście po chwili karawana się zatrzymała. Miałam zamarznięte nogi i ręce, które rozcierano mi śniegiem – kontynuuje swoją opowieść. Po trzech dniach jazdy zaprzęgi dotarły do posiołka Czeriomuszkino nad rzeką Kołbą. – W jednym baraku zamieszkaliśmy w trzy rodziny: Olewicze, Skowrońscy, Taraszkiewicze. Mama pracowała w tajdze przy wyrębie drzew, a ojciec szył kufajki dla wojska na front. Pewnego razu zachorowałam i miałam wysoką gorączkę. Leżałam pod ścianą na pryczy. Noce były koszmarne, bo pluskwy nie dawały spać. Wyłaziły z mchu, którym wypchane były wypchane szpary baraku, zgłodniałe, gryzły okropnie. To było straszne.

    Ojciec na syberyjskim cmentarzu

    Po prawie roku dostali zaświadczenie wydane przez NKWD, na podstawie którego mogli poruszać się po całym Krasnojarskim Kraju. – Ojciec zdecydował się, że musimy stąd wyjechać, abyśmy z siostrą mogły pójść do szkoły. Razem z dwiema innym rodzinami wyjechaliśmy zimą na początku 1941 roku. Po kilku dniach podróży dojechaliśmy do pasiołka Niźnaja Lesoułowka. Tu kobiety pracowały w kołchozie, a mężczyźni w kopalni złota – opowiada pani Bronisława. Tam też nie było szkoły. Po dwóch miesiącach wyruszyli dalej. Dotarli do miasteczka Ust Abakańskiego Lesozawodu w rejonie Abakan i zamieszkali w drewnianym baraku. – Mama pracowała w dużym tartaku po 16 godzin dziennie. Wracała tak zmęczona, że musiałam razem z siostrą pomagać się jej rozbierać i kłaść do łóżka na pryczę. Rano znów szła do pracy, gdzie dostawała kromkę chleba i miseczkę zupy, czyli wodę z paroma listkami kapusty. Tam miała wypadek, w którym została zmiażdżona jej prawa dłoń. Nigdy już nie odzyskała w niej pełnej sprawności. Los nie oszczędził także jej ojca, który szył dla górników kufajki. – Zdarzyło się, że przewoził przez zamarzniętą rzekę polskie rodziny. W pewnym momencie lód się załamał i wszyscy wpadli do wody. Na ratunek tonącym pośpieszyli robotnicy leśni. Uratowanych, ale skostniałych z zimna odwieźli do wioski, do której było 8 km. I tak zaczęła się choroba mojego ojca. Któregoś wieczoru mama wróciła ze szpitala i powiedziała: „Dzieci, módlcie się, bo tato umiera”. Zaczęłyśmy głośno płakać i modlić się o spokojną śmierć. Wiedziałyśmy, że nie ma żadnej nadziei, bo choroba bardzo szybko postępowała. Tata gdy zmarł miał tylko 38 lat i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

    Mogę opowiadać młodzieży

    Najważniejszym dniem dla pani Bronisławy był koniec wojny. – Cieszyliśmy się wszyscy, starcy i dzieci, że wreszcie wrócimy do upragnionej ojczyzny, ale dopiero po prawie roku, w marcu 1946 r., podstawiono wagony. Zajęliśmy swoją pryczę w wagonie, ale niestety tylko we trzy – bez ojca. Wcześniej z mamą Anną i siostrą Janiną poszłyśmy na cmentarz, żeby się z nim pożegnać – opowiada pani Bronisława. Początki na Ziemiach Zachodnich były trudne. – Najgorsze było to, że nie wolno było mówić o wywózkach na Syberię. To był temat tabu przez prawie pół wieku i cieszę się, że mogę dziś przekazywać i opowiadać młodzieży swoją historię – podkreśla pani Bronisława, która od 1990 roku jest prezesem Związku Sybiraków w Witnicy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół