Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Miłość od pierwszego strzału

Moja olimpiada. Niewielu wie, że istnieją dwa rodzaje łuków. – Mój trener Ryszard Bukański powtarza, że łuki klasyczne to te, z których strzelał Robin Hood. Z łuku bloczkowego strzelał Rambo. Ja strzelam z łuku Robin Hooda – śmieje się Milena Olszewska, która wystartuje w Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie.

Milena Olszewska z Czarnkowa k. Piły jest niepełnosprawna od urodzenia. – Początkowo miałam obie nogi, ale prawa nie była prawidłowo wykształcona i często się łamała. Jej fragment nie rozwinął się jeszcze przed porodem – tłumaczy Milena. – Przez moją niepełnosprawność nie czułam się jednak nigdy gorzej. Mam wspaniałą rodzinę, która nie stosowała wobec mnie żadnych ochronek. Rodzice zawsze stawiali mi takie same wymagania jak rodzeństwu. Normalnie traktowana byłam także przez rówieśników. Często się słyszy, że niepełnosprawne dzieci są wyśmiewane, ale w Czarnkowie nie spotkałam się z czymś takim – kontynuuje. – Po wielu latach leczenia lekarze podjęli decyzję, że najlepszym rozwiązaniem w mojej sytuacji jest amputacja. Przed operacją byłam przerażona, w końcu miałam stracić część mojego ciała. Miałam wtedy 15 lat. Mimo obaw zgodziłam się, bo miało mi to ułatwić życie – wyjaśnia.

Strzał za strzałem

Nie dostała się na studia pedagogiczne do Poznania i postanowiła dalszą edukację rozpocząć na PWSZ w Gorzowie Wlkp. – Chciałam pracować z dziećmi niepełnosprawnymi. Na taką decyzję na pewno wpłynęły moje pobyty w szpitalach i styczność z wychowawcami, którzy wypełniali dzieciom czas wolny. Po prostu chciałam brać z nich przykład – tłumaczy. Milena pracuje w biurze Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. – Nie pracuję w wyuczonym zawodzie, ale poprzez studia trafiłam do łucznictwa, a praca w gorzowskim „Starcie” pozwala mi łączyć pracę z pasją – uśmiecha się. – Na piątym roku studiów dowiedziałam się, że niepełnosprawna dwukrotna mistrzyni świata w łucznictwie Alicja Bukańska szuka młodej zawodniczki, której będzie mogła przekazać to, czego sama się nauczyła. W 2007 roku rozpoczęła się moja przygoda z łucznictwem. Pierwszą trenerką Mileny była Małgorzata Knutowicz. – To ona podała mi pierwszy raz łuk do ręki i nauczyła mnie podstaw. To było niesamowite uczucie. Gdybym w tym momencie nie rozkochała się w łucznictwie, to pewnie nie strzelałabym do dnia dzisiejszego. To miłość od pierwszego strzału, choć wcześniej nigdy w życiu nie przeszła mi przez głowę myśl o tym, że będę łuczniczką – mówi z uśmiechem Milena. – Ten pierwszy zachwyt jest bardzo ważny, bo później przychodzą monotonne, codzienne treningi, pierwsze porażki, kryzysy. Codziennie przez ponad dwie godziny wykonuję strzał za strzałem, idę po strzały i znowu strzelam. Szczególnie na początku potrzeba wytrwałości, żeby przez to przebrnąć – dodaje. Aktualnie trenuje ją Ryszard Bukański, któremu Milena zawdzięcza obecną formę.

Potrzebny respekt

Początki nie były obiecujące, dlatego zachwyt łucznictwem okazał się bardzo pomocny. – Prawie każde zawody kończyły się wielkim płaczem, bo miałam w sobie tak wiele emocji przy startach, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Pamiętam pierwsze zawody na wyjeździe. Były to Halowe Mistrzostwa Polski w Kielcach. Nie mogłam poradzić sobie ze stresem, a łzy ciekły po cięciwie. Nie umiałam się wbić w tarczę – opowiada Milena. – Bardzo długo wydawało mi się, że miałam technikę w miarę opanowaną, ale strzelałam źle i byłam zawsze na szarym końcu. Nagle, z dnia na dzień, zaczęłam strzelać o kilka poziomów lepiej, niby technicznie robiłam to tak samo jak do tej pory, ale coś się zmieniło, może po prostu nabrałam pewności siebie i strzały zaczęły wpadać – dodaje. Sport to dobra szkoła. – Nauczyłam się pokory, bo to, że idzie mi dobrze, że zwyciężam, nie oznacza, że mogę zakończyć pracę, cały czas trenuję po to, by nie zatracić tego, czego się nauczyłam, i by wspinać się dalej. Jednak początek kariery pozwolił mi również oswoić się z porażkami, zrozumieć, że można je ponieść w każdej chwili i że z tym trzeba się liczyć – zapewnia. Dwa lata temu Milena Olszewska zdobyła pierwszy raz mistrzostwo Polski w Kielcach. W kolejnym sezonie przyszedł czas na pierwsze sukcesy na arenie międzynarodowej, na mistrzostwach Anglii. – W Stoke Mandeville pokonałam mistrzynię Europy, przed którą czułam duży respekt – opowiada Olszewska. – Trzeba wierzyć w sukces, ale nie można być zbyt pewnym siebie, bo to często okazuje się zgubne. Przekonałam się o tym podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata, w których dość łatwo przebrnęłam przez eliminacje, ale później przegrałam pojedynek z zawodniczką notowaną dużo niżej ode mnie w rankingach. Respekt trzeba czuć przed każdym zawodnikiem. Dlatego stale staram się być najlepsza w tym, co robię, ale nie stawiam się przed innym zawodniczkami, bo każdy ma szansę wygrać – dodaje Milena, która jest obecnie numerem 5 na światowych listach rankingowych.

Wkłada serce

– Do tej pory moim sportowym marzeniem był udział w igrzyskach paraolimpijskich i to się wkrótce spełni – mówi z uśmiechem Milena Olszewska. Na ostatnich mistrzostwach Anglii gorzowianka przypieczętowała nominację paraolimpijską. – Jestem ogromnie szczęśliwa. Mieć orzełka na piersi to coś niesamowitego. 29 sierpnia będziemy uczestniczyć w otwarciu Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie, a później już tylko sportowa walka – mówi gorzowianka, która ostrożnie ocenia swoje szanse. – Po eliminacjach chciałabym znaleźć się w finałowej ósemce. Żeby tak się stało, muszę prawidłowo oddać 72 strzały liczone. Mój życiowy rekord to 611 punktów, będę zadowolona, jeśli się do niego zbliżę. Po eliminacjach odbędą się pojedynki systemem pucharowym – przegrywający odpada i tak aż do finału. Trudno przewidzieć, kto w nim wystartuje. Każda z 20 zawodniczek mojej grupy startowej ma na to szansę. Niestety zmagań Mileny zapewne nie obejrzymy w telewizji.

– Gdy Igrzyska Paraolimpijskie odbywały się w 2008 roku w Pekinie, chciałam podejrzeć starty znajomych łuczników i spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Relacja ograniczała się do 15-minutowego flesza późnym wieczorem. Zapomina się, że zawodnik niepełnosprawny w swojej ciężkiej pracy i zaangażowaniu nie różni się od pełnosprawnego. Żeby osiągnąć dobry wynik i rywalizować w zawodach międzynarodowych, również musi włożyć dużo pracy, nic nie przychodzi łatwo – przypomina łuczniczka i kontynuuje: – Na razie nie myślę o igrzyskach olimpijskich, zbyt krótko trenuję i zdaję sobie sprawę z moich braków, a rywalizacja wśród łuczników jest bardzo duża i do najlepszych pełnosprawnych dużo mi brakuje. Cieszę się jednak, że niepełnosprawni zawodnicy, między innymi pingpongistka Natalia Partyka czy Oskar Pistorius, mają szansę na rywalizację o medale z pełnosprawnymi sportowcami. Toczy się wiele dyskusji nad tym, czy osoby niepełnosprawne powinny startować razem z wyczynowcami. Ja uważam, że sport niepełnosprawnych coraz bardziej zmierza do wyczynu i nie powinno się nikomu zamykać drogi. Talent od Boga

Ale nie tylko sport liczy się w życiu. – Bardzo ważne są dla mnie wiara i dobra relacja z Bogiem. Wiem, i to z własnego doświadczenia, że jeżeli moje życie duchowe będzie poukładane, jeżeli będę cały czas wzrastać, to wtedy również codzienne sukcesy nabiorą znaczenia. Gdy mam pokój w sercu, mogę się realizować w każdej sferze, czy to w pracy, relacjach z innymi ludźmi, czy nawet w sporcie – tłumaczy Milena Olszewska. – Łucznictwo postrzegam jako talent od Boga, czuję, że go nie marnuję w momencie, kiedy potrafię się z niego cieszyć i za niego dziękować. Wówczas wynik czasami schodzi na drugi plan, bo ważne jest to, ile dałam z siebie i czy mogę ze spokojnym sumieniem pójść dalej, zmierzać do kolejnej rywalizacji. Wiara pomaga mi zrozumieć zarówno sukcesy, jak i porażki. Zwycięstwa zawsze cieszą, zwłaszcza gdy są okupione ciężką pracą i wyrzeczeniami, ale porażki również są potrzebne i często bardziej budujące, zmuszają do większej pracy. Na te trudne doświadczenia staram się spoglądać z perspektywy wiary, pomagają one stawać się nie tylko lepszym sportowcem, ale też człowiekiem, a im lepszym stajesz się człowiekiem, tym większym będziesz sportowcem – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma