Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Obrońca angielskiego nieba

II wojna światowa. Zielonogórzanin Edward Jaworski jest osobą, której brytyjski książę Karol zasalutował, gdy dowiedział się, kim on jest. Wprowadził tym w konsternację nawet swoich ochroniarzy.

Wydarzyło się to w 1998 roku w miejscowości St. David’s w południowo-zachodniej części Walii. Podczas wycieczki do Irlandii, Walii i Anglii Polacy zwiedzali zabytkową katedrę św. Dawida. Właśnie wtedy odwiedził ją także Karol, książę Walii, następca tronu Zjednoczonego Królestwa. – Było tam bardzo dużo ludzi. Czekali na księcia. Gdy przyjechał, przechodząc, witał się z zebranymi, z niektórymi zamieniał kilka słów – wspomina 92-letni dziś Edward Jaworski. – „I’m spitfire pilot” (Jestem pilotem spitfaire’a) – powiedziałem. Książę zainteresował się i kazał nam poczekać, bo chciał porozmawiać. I rzeczywiście, wrócił – opowiada emerytowany pilot. – Powiedział: „My w najcięższym czasie wojennym cieszyliśmy się z waszej przyjaźni i pomocy. Dzięki wam ta wojna skończyła się tak jak się skończyła”. Potem stanął na baczność i zasalutował mi – mówi zielonogórzanin i dodaje od razu: – To bardzo uprzejmy, sympatyczny i uśmiechnięty człowiek. Podał rękę każdemu z naszej wycieczki.

Być pilotem myśliwca

– Urodziłem się dokładnie tego samego dnia co Jan Paweł II, 18 maja 1920 r., tyle że w Trzebini. Tego samego dnia zdawaliśmy też maturę – uśmiecha się zielonogórzanin. Jako nastolatek, dzięki swoim braciom Janowi i Ferdynandowi, zainteresował się lataniem. Zaczynał w Harcerskiej Drużynie Szybowcowej, później przyszedł czas na samoloty. – W tamtych czasach wszyscy musieli przechodzić przysposobienie wojskowe. Zapytali nas w szkole, czy nie chcielibyśmy latać. Zgłosiło się 37 na 62 uczniów – wspomina Edward Jaworski. Po wstępnych badaniach zostało ich jednak tylko trzech. – Gdy miałem 17 lat, zrobiłem kurs szybowcowy, gdy skończyłem 18, po raz pierwszy leciałem samolotem. To był RWD 8. Szkoliłem się w Aleksandrowicach k. Bielska – wyjaśnia. W styczniu 1939 roku Edward Jaworski trafił do szkoły oficerskiej w Dęblinie, gdzie zastała go wojna. – Jeszcze 1 września 1939 r. nie wiedząc, że już trwa wojna, odbyłem ostatni lot szkolny na PZL P.7 z lotniska w Łężu. Drugiego dnia było bombardowanie Dęblina i okolicznych lotnisk. Wszystkie samoloty zostały zniszczone – opowiada weteran. Formalnie nie byli jeszcze pilotami, więc jako kadeci zostali ewakuowani na Wschód. Wraz z innymi pododdziałami granicę z Rumunią przekroczył w Śniatyniu 17 września w nocy. Internowany, uciekł na statek, by przez Bejrut dotrzeć do Marsylii. – Tam miałem szkolenia lotnicze i zdobyłem stopień plutonowego podchorążego. Ale lotów bojowych wciąż nie było – wspomina pilot. W czerwcu 1940 roku ewakuowany został do Liverpoolu. Tam były kolejne szkolenia i awans na plutonowego. – Było nas 47. Byliśmy pod opieką por. Urbanowicza, późniejszego dowódcy dywizjonu 303. Część trafiła do angielskich dywizjonów, a my, młodsi, czekaliśmy na przydział. Ja zacząłem latać dopiero 4 listopada 1940 r. – wspomina. Pierwszym dywizjonem bojowym, do którego Edward Jaworski trafił w maju 1941 r., był wielonarodowy dywizjon 605 stacjonujący w Warwick. Podstawowym myśliwcem dywizjonu był Hurricane.

Loty bojowe nad Anglią

Przez kolejne lata wojny pan Edward Jaworski służył jeszcze w dywizjonach 315, 317 i 302. – Najczęściej lataliśmy nad konwojami na Morzu Północnym, była też stała obrona terytorium. Latałem też nad terytorium wroga: Francja, Dania, Holandia, Belgia. Naszą bazą był Northolt, czyli polska baza, w której stale stacjonowały trzy nasze dywizjony. Lataliśmy tam na spitfire’ach – wspomina pilot. Edward Jaworski był również instruktorem w szkole lotniczej, regularnie latał nad terytorium Francji, by niszczyć wyrzutnie pocisków V-1 oraz ochraniał lądowanie i walki wojsk sprzymierzonych w Normandii, Belgii i Holandii. W sumie zielonogórzanin odbył ponad 300 lotów bojowych. Nigdy nie został zestrzelony, chociaż kilkakrotnie jego spitfire był trafiony. – Najgorzej było 21 października 1941 r. Wtedy myślałem, że już z tego nie wyjdę cało. Opadła nas banda Niemców. Dostałem po skrzydle i kabinie. Mnie uratowała płyta pancerna za fotelem pilota – wspomina Edward Jaworski.

– Od razu rzuciło mnie w korkociąg. Silnik się krztusił, wszędzie było pełno dymu i ognia. Zdjąłem pilotkę, odpiąłem pasy i chciałem wyskoczyć. Rozejrzałem się jeszcze dookoła, wszędzie było pełno Szwabów, którzy tylko czekali, aż wyskoczę. Dodałem więc gazu i silnik zaczął grać normalnie, chociaż miałem spore trudności ze sterownością. Postanowiłem, że spróbuję wrócić. Zszedłem nad samą wodę, zamiatając ogonem niemal po falach i manewrując, leciałem tak szybko, ile tylko z silnika dało się wyciągnąć. A za mną cały czas leciały dwa messerschmitty i ostrzeliwały mnie. Nie mogłem nic zrobić, bo nawet działka pokładowe nie działały. Leciałem tak z Niemcami na ogonie ok. 80 km, aż zobaczyłem białe klify Dover. Wtedy dali mi spokój – dodaje u uśmiechem. Po powrocie do bazy radości i opowiadań nie było końca. Wielu kolegów pilota zginęło, walcząc o wolność Polski i broniąc angielskiego nieba. Edward Jaworski przeżył. Pod koniec wojny, walcząc nad terytorium Niemiec, dostał awans na kapitana i został przeniesiony do dowództwa na stanowisko oficera operacyjnego 131. Skrzydła Myśliw- ców. Od września 1945 aż do rozwiązania Polskich Sił Powietrznych w styczniu 1947 roku był dowódcą 308. Dywizjonu Myśli- wskiego.

Powojenne lata

Po zakończonej wojnie w 1947 roku Edward Jaworski wrócił do Polski. W ojczyźnie przez 10 lat miał zakaz latania. Później zaproponowano mu pracę w wojewódzkiej stacji pogotowia ratunkowego w Zielonej Górze. – Najpierw latałem na dwusilnikowej Morawie, później był helikopter. W sumie w pogotowiu wylatałem ok. 10 tys. godzin – opowiada pilot. Te loty były o wiele spokojniejsze niż nad Wielką Brytanią, jednak były i dramatyczne chwile. – 29 maja 1973 r., gdy wracałem z Gdańska wraz z pielęgniarką i małżeństwem z dzieckiem, nad Świebodzinem urwał się korbowód w prawym silniku. Szybko pojawił się ogień i musieliśmy bez podwozia lądować przymusowo na polu żyta. Zahaczyłem lewym płatem i wybuchł zbiornik z benzyną – wspomina. Pielęgniarka nie przeżyła, a pasażerowie i pilot zostali ranni. Za pomoc obecnym na pokładzie w wyjściu z płonącego samolotu Edward Jaworski otrzymał list gratulacyjny i medal „Za Ofiarność i Odwagę”. Medali i odznaczeń, zarówno wojskowych, jak i cywilnych, w kolekcji zielonogórzanina nie brakuje. Wśród wojskowych są m.in.: Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari, Krzyż Walecznych (trzykrotny), Air Crew Europe – France and Germany czy Distinguished Flying Cross. To ostatnie angielskie odznaczenie RAF-u otrzymało zaledwie 186 Polaków. Do najważniejszych odznaczeń cywilnych należą: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. – Nie robiłem tego dla żadnych honorów. Wiem, że nie jestem asem lotnictwa, ale robiłem to, co do mnie należało. Najważniejsza w tej pracy była możliwość latania. Swoboda poruszania się w przestrzeni, widoki ziemi z wysokości kilku tysięcy metrów dawały mi wielką radość. Wydaje mi się, że dobrze spełniałem swoje obowiązki, a jak jeszcze mogłem komuś pomóc, to dopełniało całości – podsumowuje swoje życie Edward Jaworski. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma