Nowy numer 47/2020 Archiwum

Miłość dla dwunastki

Barbara i Andrzej Borowczakowie mają dwie biologiczne córki Magdę i Olę, ale wychowują jeszcze dziesięcioro dzieci przysposobionych: Michała (7 lat), Iwonkę (kl. II), Małgosię (kl. IV), Mateusza (kl. IV), Klaudię (I kl. gimn.), Denisa i Daniela (II kl. gimn.), Marcina (III kl. gimn.), Rafała, Krzysztofa (szkoła średnia). W sumie dwanaścioro dzieci. Rodzice zapytani, skąd potrzeba powiększenia rodziny, odpowiadają: – Jesteśmy otwarci na pomoc innym, wiara bez uczynków jest martwa, dlatego naszą miłość do dzieci mnożymy, żeby było jej coraz więcej, a nie dzielimy.

Stworzyć dom

Rodzicami zastępczymi są już od 13 lat. Z potrzeby serca zaangażowali się w pomoc najmłodszym, poszkodowanym przez los. Kupili i wyremontowali dom w Marwicach k. Baczyny (okolice Gorzowa Wlkp.). W 2000 roku przyjęli pierwsze dzieci. – Od początku miał to być rodzinny dom dziecka, ale ze względu na zapotrzebowania powiatu najpierw byliśmy pogotowiem rodzinnym. Trafiały do nas dzieci z interwencji policyjnej, w wyniku zaniedbań rodziców. By przekształcić się w rodzinny dom dziecka, musieliśmy stworzyć odpowiednie warunki bytowe – mówi Andrzej Borowczak. Potrzeba kontaktu z dziećmi wynikała również z wybranego zawodu, bo Barbara i Andrzej są z wykształcenia nauczycielami. – Biologiczne dzieci to dar od Pana Boga, dzieci przysposobione to nasza świadoma decyzja. Zawsze chcieliśmy pomagać innym w różnych sytuacjach – wyjaśnia tata. Andrzej i Barbara wraz z innymi rodzinami tworzą Fundację im. Janusza Korczaka. – W trakcie starań o przekształcenie pogotowia rodzinnego w rodzinny dom dziecka zrodziła się myśl utworzenia fundacji. Zajęliśmy się m.in. pomocą rodzinom zastępczym i tworzeniem rodzinnych domów dziecka. Chcemy się dzielić doświadczeniem i wiedzą. W ramach grup wsparcia spotykamy się z innymi rodzinami i współpracujemy z ośrodkami adopcyjnymi – mówi Andrzej Borowczak. Fundacja zrzesza członków rodzinnych domów dziecka. Rodziny wspólnie organizują rozmaite spotkania, m.in. festyny, wyjazdy wakacyjne, zimowiska, ogniska, kuligi czy mikołajki. Wspierają się również w trudnych chwilach, pomagają sobie wzajemnie, dzielą troskami i radościami, a także wymieniają doświadczeniem. Fundacja ma też patrona – Janusza Korczaka, pedagoga, wychowawcę, założyciela ochronek i domów dziecka, który swoje życie poświęcił najmłodszym. Dla Barbary i Andrzeja jest wzorem wychowawcy w heroicznej pracy z dziećmi, która nie jest im obca. – Korczak, jego osobowość, postawa oddania wobec dziecka, szacunek dla drugiego człowieka, forma pracy, którą on wprowadzał w domach dziecka, są nam bliskie – mówią rodzice. – Jako fundacja w Gorzowie Wlkp. i okolicach prowadzimy trzy placówki opiekuńczo-wychowawcze typu rodzinnego. Pod swoją opieką mamy obecnie dwadzieścioro czworo dzieci – dodaje Andrzej.

Załagodzić ból

W rodzinnym domu dziecka wychowankowie są przysposobieni, a nie adoptowani. Trafiają tu najczęściej z postanowieniem sądu o umieszczeniu ich w takiej placówce. Pobyt w rodzinnym domu dziecka jest czasowy, jego okres może trwać pół roku, a czasem kilkanaście lat. Długość pobytu zależy od sytuacji rodziny biologicznej. – Rodzice, kiedy nie sprawują opieki nad dziećmi, mają czas na to, by uporządkować własne sprawy, niejednokrotnie bardzo skomplikowane i trudne. Wychowankowie muszą mieć kontakt z rodziną biologiczną i my obowiązkowo go umożliwiamy. Dzieci kontaktują się z rodzicami telefonicznie i przez internet, są też widzenia i spotkania – wyjaśnia Barbara Borowczak. Dzieci znają swoich biologicznych rodziców i dlatego w nowej sytuacji same decydują, jak się zwracać do rodziców zastępczych. Niektóre mówią: „mamo”, „tato”, inne: „ciociu”, „wujku”. – One zostają oderwane od rodzinnych korzeni i ważne, by pomóc im się odnaleźć w nowych warunkach. Zostały zranione przez najbliższych i głęboko w nich tkwi ból i żal – mówi Barbara. – Kiedy dziecko zabrane rodzicom przez policję czy opiekę społeczną trafia do nas, odreagowuje całą złość, buntuje się. To wymaga pracy i tłumaczenia, że my chcemy pomóc – dodaje Andrzej. Do pracy z dziećmi, ich wychowywania i życia w wielodzietnej rodzinie potrzebna jest miłość, ale także specjalne przygotowanie. – Przechodziliśmy szkolenie w ośrodku adopcyjnym w Gorzowie Wlkp. To były kwalifikacje, które trzeba było zdobyć. Trzeba się nadawać do pracy z osobą, która czuje się porzucona, niechciana i niekochana. Opieka nad dzieckiem to nie jest dowolna praca, z której za pół roku zrezygnuję, bo mi się nie podoba. To ogromna odpowiedzialność i trud, który daje jednak niesamowitą satysfakcję – mówią rodzice.

Rodzina Bogiem silna

W rodzinie Borowczaków są ustalone normy i zasady związane z zachowaniem czy wspólnym życiem, ale najważniejsze są wartości chrześcijańskie. Obecność Boga w ich domu jest bardzo istotna i każde dziecko o tym wie.

– Bez Pana Boga ten dom by nie istniał i nie funkcjonował. Dzieci modlą się indywidualnie, a wspólna modlitwa jest przed posiłkiem, obowiązkowo w niedzielę, bo w ciągu tygodnia dzieci różnie wracają ze szkoły – mówi Barbara. – Nasze dzieci mają bardzo trudne doświadczenia życiowe i wiedzą, że Jezus i Matka Boża pozwolą im przejść przez ciężkie chwile i uporządkować nie tylko te problemy, które istnieją, ale i te, które mogą jeszcze w ich życiu nastąpić. Dzieci wiedzą, że relacje z Bogiem są niezbędne do bezpiecznego, ułożonego życia – dodaje. Oprócz tego jest też uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej, nabożeństwach oraz służba i pomoc w miejscowym kościele. Dwóch chłopców jest ministrantami, dwóch lektorami, dziewczęta śpiewają w scholi, a gdy potrzeba udekorować kościół czy wykonać jakieś inne prace wokół świątyni, do pomocy gotowa jest cała rodzina. – Staramy się nauczyć dzieci normalnego funkcjonowania w domu. Dla nas wartością jest działanie na bazie wartości chrześcijańskich. Oprócz chęci pomocy drugiemu chcemy coś przekazać. To na początku jest obcy człowiek, którego bierzemy z różnymi obciążeniami i dla nas staje się on normalnym domownikiem. Każde dziecko potrzebuje miłości i akceptacji – tłumaczą rodzice. – Nasze dzieci bardzo często mają duże problemy wynikające z zaniedbań i mnóstwo dysfunkcji, nad którymi trzeba pracować. Tyle dobra i serca, ile wkładamy, tyle samo do nas wraca, albo dwa razy więcej, i to pokazujemy dzieciom. Podobnie, ile złości i gniewu przekażesz drugiej osobie – dwa razy więcej do ciebie wróci – dodaje Barbara.

Cicha przystań

Rodzinny dom dziecka ma być miejscem spokoju i bezpieczeństwa. Rodzice zastępczy, oprócz miłości i wychowania, umożliwiają swoim podopiecznym naukę i rozwój zainteresowań przez uczestnictwo w zajęciach pozalekcyjnych. Dbają również o rozwój psychiczny i fizyczny dzieci oraz o stworzenie klimatu spokojnego, radosnego dzieciństwa. W przydomowym ogrodzie jest m.in. boisko do gry w piłkę i miejsce do różnorodnych zabaw, powstaje też salka gimnastyczna ze stołem do tenisa. W opiece nad dziećmi pomaga również babcia Janeczka. – Dla nas podstawą rodzicielstwa zastępczego jest silna rodzina. Nie taka, która ma dużo problemów i sama ze sobą nie może sobie dać rady, ale bezpieczna i kochająca się – mówi Andrzej Borowczak. Przez dom Barbary i Andrzeja przez 13 lat przeszło ponad 60 dzieci. Dla biologicznych córek było to duże doświadczenie. – Jak byłyśmy młodsze, to było fajnie, bo było dużo dzieci do zabawy. Później były momenty, że chciałyśmy pobyć z rodzicami same, ale to było niemożliwe i wtedy się buntowałyśmy. Z czasem to minęło i każde dziecko to mój brat i siostra – mówi Magda. Rafał, który jest w rodzinie najdłużej, bardzo ceni wsparcie i pomoc rodziców zastępczych. – To jest moja rodzina. Kontakt z rodzicami biologicznymi mam, ale dzięki temu domowi rozwijam się. Dobrze się tu czuję. Do ilości dzieci można się przyzwyczaić, czasem są konflikty, ale ogólnie jest fajnie – mówi Rafał.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama