Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nie boję się pomagać

Dzień Strażaka. Nie chcą, by nazywano ich bohaterami, bo – jak mówią – wykonują swój zawód i służbę. Ich praca jest jednak niezwykła, bo nie tylko gaszą pożary, ale przede wszystkim ratują ludzkie życie i ich dobra materialne. Służba jest ich pasją, ale mają często także inne, niecodzienne zainteresowania.

Marek Walendzik jest starszym ogniomistrzem i dowódcą zastępu w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 2 w Gorzowie Wlkp. Swoją służbę rozpoczął w 1998 roku, ale pracą strażaka fascynował się już od dziecka. – Moja mama była dyspozytorem w straży pożarnej. Jako dziecko często bywałem w jednostce, bo bardzo mnie ciekawiła i podobała mi się ta praca. Interesowały mnie czerwone samochody, srebrne hełmy i działania strażaków, których obserwowałem podczas wyjazdu do akcji – mówi strażak.

Dziecięce fascynacje przerodziły się w pracę zawodową, która dziś daje mu ogromną satysfakcję. – Kiedy zaczynałem pracę, wyglądało to trochę inaczej niż dziś. Straż pożarna cały czas rozwija się. Mamy nowoczesny sprzęt i strażacy ciągle podnoszą swoje kwalifikacje. Jest mniej pożarów, ale więcej zdarzeń komunikacyjnych – mówi Marek Walendzik. – Nasza służba trwa 24 godziny. Każdy dzień jest zaplanowany, są m.in. szkolenia, ćwiczenia, czas na posiłek i oczywiście wyjazdy na akcje. W tej pracy nie można się przyzwyczajać do jednego utartego schematu, bo nie ma dwóch takich samych zdarzeń – dodaje. Marek Walendzik oprócz pra- cy, która jest jego pasją, ma też inne zainteresowania. To kolarstwo i nurkowanie. Obydwa sporty są dobre na stres i codzienną rutynę. – Podwodny świat jest spokojny, fascynujący, niecodzienny. Pod wodą można się wyciszyć. Kolarstwo też mnie relaksuje. Mój tata był zawodnikiem i trenerem kolarzy, i stąd ta pasja – mówi strażak.

Tu nie ma pojedynczych bohaterów

Tomasz Górniak jest strażakiem od 20 lat. Obecnie jest młodszym brygadierem i pełni funkcję dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Strzelcach Krajeńskich. Jego hobby jest równie ekstremalne, jak i praca zawodowa, bo są nim skoki spadochronowe. – Skaczę ze spadochronem od 16. roku życia. Latałem też na szybowcach. Kiedy wyskakuję z samolotu, czuję, że żyję. Są to nie tylko piękne widoki, ale i niezwykłe emocje. Podziwiam przestrzeń i odreagowuję stres – mówi Tomasz Górniak. Kiedy opowiada o swojej pracy, podkreśla fakt, że strażakiem nie jest się tylko na służbie, ale cały czas, i że w tej pracy nigdy nie działa się samemu. – Ten zawód charakteryzuje nieprzewidywalność. Codziennie zdarzyć się może coś innego. Kiedy jedziemy do pożaru, wiemy, że nasze umiejętne i sprawne działanie pozwala uratować życie i zdrowie ludzi oraz ich dobytek – mówi. W pracy strażaka ważne są odpowiedzialność za drugiego człowieka oraz umiejętność pracy w zespole. W tym fachu liczą się też refleks, dynamiczność i sprawność działania. – Ostatnio doszło do pożaru zakładu stolarskiego produkującego łóżeczka drewniane. Powierzchnia zakładu była duża. Tylko dzięki temu, że szybko udało się zgasić płonącą halę, resztę zakładu udało się ocalić. Gdyby się wszystko spaliło, straty mogłyby być kilkumilionowe. Niedawno paliła się również kotłownia o powierzchni ponad 1000 metrów kwadratowych w Dobiegniewie. Ugasiliśmy ją w porę. Takich akcji jest więcej i mamy świadomość, jak ważne jest szybkie dotarcie do źródła ognia – mówi Tomasz Górniak. – To nie jest tylko zawód, ale służba i pasja oraz chęć pomagania innym. Spotykam się z sytuacjami, kiedy moi koledzy strażacy pomagają poza służbą. Zawsze też możemy na siebie liczyć. To nie jest tak jak w filmie, że strażak bohater wchodzi w ogień sam. To jest współpraca i zwykle działamy razem – uzupełnia.

W remizie jak na boisku

Paweł Posmyk w Straży Pożarnej w Strzelcach Krajeńskich pracuje od półtora roku. Od 17 lat jest też zawodowym piłkarzem, na boisku występuje jako napastnik. – Jestem aktywny fizycznie i nie umiałbym siedzieć za biurkiem. Chcę pomagać ludziom, dlatego zostałem strażakiem. To był mój świadomy wybór i nie boję się tego zawodu. W tej pracy można być wezwanym na akcję nawet po służbie, ale to mi nie przeszkadza, bo każdy sygnał i wejście do auta działa na mnie pozytywnie. Z jednej strony lubię, kiedy coś się dzieje, z drugiej życzyłbym wszystkim, żeby tych wyjazdów w ogóle nie było, by ludziom nie działa się krzywda. Kiedy jednak już do akcji jedziemy, to wiem, że jestem potrzebny – mówi strażak. – Umiejętność pracy w zespole jest tu ogromnie ważna, podobnie jak w piłce. W sporcie jest trener, w straży – dowódca. I tu, i tam obowiązują dyscyplina i zadania do wykonania, którym trzeba sprostać – dodaje. Zgranie załogi jest bardzo ważne podczas akcji ratowniczych, ale także w relacjach zawodowych i koleżeńskich. – Nigdy nie mamy pewności, co zastaniemy na miejscu zdarzenia. Naszym wyjazdom często towarzyszy adrenalina. Przyjeżdżając na miejsce zdarzenia, najpierw musimy zabezpieczyć siebie i teren działania. Dowódca rozdziela role, by każdy wiedział, co ma robić. Często kieruję działaniami ratowniczymi i mam zaufanie do swojej załogi, bo wiem jak pracują – mówi Marek Walendzik. – Wiele razy wchodziłem do płonącego budynku. Mam świadomość ogromnego zagrożenia, ale pracując już długi czas w straży, wiem, co trzeba w takich sytuacjach robić. Ważne, by nie popełnić błędu i by nie zrobić krzywdy sobie ani innym. Lubię być strażakiem. To ludzie, z którymi pracuję, dają mi siłę do dalszej służby. Jesteśmy jak rodzina, bo spotykamy się nie tylko w pracy, ale również towarzysko i prywatnie – dodaje.

Czekamy na nową remizę

Tomasz Pierzecki z Santocka jest operatorem sprzętu specjalnego w JRG nr 2 w Gorzowie Wlkp. Służbę zawodową pełni od 2007 roku, a strażakiem ochotnikiem jest już od 1995 roku. Zaczęło się od ochotniczej straży pożarnej. Były zawody sportowo-pożarnicze, wyjazdy i zawsze towarzysząca chęć pomagania innym. Poza pracą zawodową Tomasz Pierzecki prowadzi OSP w Santocku. Poświęca swój wolny czas na kształcenie młodej strażackiej kadry w swojej miejscowości. – Jeszcze niedawno postrzegano ochotników jako chłopaków imprezujących koło sklepu. Teraz się to zmienia, bo ochotnicy mają umiejętności i są wyszkoleni. Nie pełnią służby, ale są gotowi do akcji, gdy zawyje syrena czy dostaną alarmowego SMS-a. Młodzi chłopcy wolą przyjść do remizy, niż chodzić po wsi. Uczą się odpowiedzialności i zaangażowania, i podchodzą do tego bardzo poważnie – wyjaśnia strażak. – Pieniędzy na OSP za wiele nie ma, własnymi siłami tworzymy ochotniczą straż pożarną. Mamy trzy samochody i własny sprzęt. Teraz czekamy na nową remizę – dodaje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama