Nowy numer 44/2020 Archiwum

Z Neji do Gorzowa

– Sybiracy mają takie piękne motto: „Pamięć zmarłym, żyjącym pojednanie” – mówi Jadwiga Wanda Ostrowska, która urodziła się w 1944 roku na zesłaniu.

Rodzice na zesłaniu doświadczyli wiele cierpień i dobrze wiedzieli, jaką wartość ma życie. Nauczyli mnie przede wszystkim szacunku do drugiego człowieka. W pamięci pozostaną mi także często powtarzane przez nich słowa zachęcające nas do ciągłego rozwoju: „Dziatki, uczcie się!”. W domu nawet ostatni grosz był wydawany, abyśmy zdobywali wiedzę – opowiada Jadwiga Wanda Ostrowska, prezes gorzowskiego oddziału Związku Sybiraków. – I jeszcze jedno – przez cały tydzień mamusia i tatuś ciężko pracowali, ale jak przychodziła niedziela, to razem z rodzicami szliśmy na Mszę świętą. W naszym domu wiara zawsze była na pierwszym miejscu – dodaje.

Piękna Szczara

Mama pani Jadwigi urodziła się w 1912 roku w Warszawie. Jednak trzy lata później jej rodzina przeprowadziła się w okolice Baranowicz, a konkretnie do Małego Horodyszcza. – A tatuś urodził się 1909 roku. To typowy Poleszuk pochodzący z Mazurek k. Baranowicz. Tam swoje dobra posiadali państwo Krahelscy. Tatuś był u nich gajowym – wyjaśnia gorzowianka. Miłość Wiktorii Oleszko i Konstantego Rusakiewicza połączyła ich w 1936 roku w kościele Niedźwiedzicach. – Po ślubie zamieszkali w Mazurkach. Jak przyjechali na Ziemie Zachodnie, to cały czas tęsknili do swoich Kresów – mówi pani Jadwiga. – Wspominali chociażby wspólne spacery w pierwszych latach małżeństwa nad rzeką Szczarą i tamtejszą niezwykłą przyrodę. Te obrazy zostały w nich na całe życie. Jak pojechałam w ubiegłym roku, to zrozumiałam, dlaczego. Tam jest przepięknie – dodaje.

Dostali pół godziny

Kolejne szczęśliwe lata skradła im wojna. Z niej na całe życie zostały mniej przyjemne obrazy. – Rodzice dostali od pana Krahelskiego materiał na dom. Tatuś rozpoczął budowę, ale niestety nigdy jej nie dokończył. Przyszedł 10 lutego 1940 roku i zostali wywiezieni w pierwszej masowej deportacji w stronę Archangielska. Mieli tylko pół godziny na spakowanie się. Zupełnie nie wiedzieli, gdzie jadą i co mają ze sobą zabrać. Opowiadali, że gdy jeszcze pakowali się, to sąsiedzi, w części Białorusini, już przyszli i grabili, co się dało – wyjaśnia pani Jadwiga. – Po drodze Rosjanie przeliczyli się z możliwościami tego transportu i na rozjeździe w Neji, obwód kostromski, pozostawiono dwa wagony. To był początek tajgi, jakieś 700–800 km od Archangielska. Wszyscy pracowali w lesie – dodaje. Pani Jadwiga przyszła na świat w 1944 roku. Wcześniej, jeszcze w Mazurkach, urodziła się jej siostra Wiesława i brat Ryszard. – Mój braciszek, niestety, zmarł w 1941 roku i został pochowany własnymi rękoma przez tatusia. Na Syberii na świat przyszedł jeszcze mój drugi brat, któremu rodzice dali także na imię Ryszard – wyjaśnia. Na Syberii trzeba było walczyć o każdy dzień. – Mamusia miała perły, pewnie nieprawdziwe, ale ozdobne. I nieraz za maleńki koralik potrafiła jednego ziemniaczka zdobyć – opowiada gorzowianka. – Syberia odcisnęła się bardzo mocno na mojej siostrze Wiesławie. Już po latach, w Polsce, przyniosłam z działki przepiękną kalarepę i chciałam ją poczęstować. Położyłam na talerzu, ona wzięła i mówi: „Będziesz mnie karmiła jak na Syberii?”. I szurnęła tym talerzem o ziemię – dodaje.

Matka sybiraczka

Po zakończeniu II wojny światowej, po sześciu latach zesłania rodzina pani Jadwigi przyjechała na Ziemie Zachodnie i ostatecznie zamieszkała w Lubniewicach. – Z dzieciństwa pamiętam tajemne rozmowy rodziców z innymi sybirakami. To były tematy zakazane i rodzice mówili: „Dzieci, nie słuchajcie!”. Potem, jak zaczęliśmy dorastać, to mamusia nadal z niechęcią i ze łzami mówiła o tym czasie – opowiada gorzowianka od 1972 roku. – Mamusia mieszkała u brata w Gdańsku, ale przyjeżdżała na wszystkie święta do Gorzowa. Poszłam raz z nią na spotkanie do Białego Kościółka, gdzie gościem był ówczesny bp Józef Michalik. Podeszłyśmy do niego i mama, pokazując na mnie, powiedziała: „To moje dziecko z Syberii”. On wtedy serdecznie uścisnął mamusię. Zastanawiałam się, czym się ona wyróżnia spośród innych matek w Polsce, ale jak weszłam w struktury sybirackie, to zrozumiałam. Pięknie to oddaje pomnik Matki Sybiraczki w Zielonej Górze – mówi pani Jadwiga. Po latach, w 2007 roku, z grupą sybiraków z Sulęcina pojechała do Neji. – Do dziś pozostały ślady po barakach. To więzienie nie potrzebowało krat, bo z jednej i drugiej strony było bagno. Szukałam śladów grobu mojego braciszka, ale to było nierealne – mówi pani Jadwiga. – Wtedy też poświęcono znak pamięci o Polakach tu zesłanych, który powstał z inicjatywy Tadeusza Rzeszutka, honorowego prezesa sulęcińskiego koła Związku Sybiraków. To był głaz i dwa krzyże: katolicki i prawosławny – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama