Nowy numer 43/2020 Archiwum

Opowieści znad kresowej granicy

– Ciężko się wtedy żyło, ale też radośnie i spokojnie. A potem przyszła wojna – mówi ze łzami w oczach o swoich rodzinnych stronach Helena Korż ze Starego Stawu k. Lubieszowa.

Mikaszewicze to 13-tysięczna miejscowość leżąca w południowej Białorusi. Jakieś 100 km od Pińska. Nie zawsze jednak tak było. W okresie międzywojennym miejscowość znajdowała się w granicach II Rzeczypospolitej.


Słodkie maliny 
i pachnące kaczeńce


Miasteczko było położone tuż przy granicy. – To była ostatnia miejscowość przed granicą. Jakieś 10 km od nas była rzeka Słucz, która oddzielała dwa kraje: Polskę i Rosję. To była prowincja, ale piękna! W naszej miejscowości żyli ludzie wielu narodowości i religii. Prawosławni szli do cerkwi, żydzi do synagogi, a katolicy do kościoła. Byliśmy pomieszani, ale wszyscy żyli zgodnie i szanowali się. To był inny świat. Mieliśmy też przecudowny kościół. Tam przyjęłam chrzest i Komunię św. W Mikaszewiczach chodziłam też do szkoły – wspomina z uśmiechem pani Helena, która w marcu skończyła 87 lat. 
– Zawsze mama mówiła, że wtedy był taki ekumenizm, o jakim my teraz możemy pomarzyć – dodaje Danuta, córka pani Heleny, która uczy historii i języka polskiego w pobliskiej Szkole Podstawowej w Lubieszowie.
Przed wojną tato pani Heleny pracował w Zakładach Drzewnych „Olza”, które produkowały różne dykty i sklejki. – Mnóstwo ludzi tam pracowało. W naszych okolicach było wiele pięknego drzewa. Nasza mama Józefa zajmowała się domem i dziećmi. Było nas troje, wszystkie dziewczyny. Ciężko się żyło, ale też radośnie i spokojnie, oczywiście dopóki nie przyszła wojna – mówi pani Helena. – Mama kraj swojego dzieciństwa wspomina z niesamowitym rozrzewnieniem. Tam wszystko było inne. Maliny większe i bardziej słodkie, kaczeńce bardziej dorodne i pachnące inaczej niż tutaj – dodaje z uśmiechem córka.


Order Virtuti Militari 
dla kaprala


Spokojne życie przerwał wrzesień 1939 roku. – Gdyby nie ta wojna, to może ten świat byłby inny. To Hitler ze Stalinem nas zniszczyli – mówi z łamiącym się głosem i łzami w oczach pani Helena. 
Dalej wątek kontynuuje córka. – Dziadka aresztowali, jak tylko zaczęła się sowiecka okupacja. Wyszedł do pracy i już do domu nie wrócił. Babcia została sama z trójką dzieci, najmłodszą Jadzią, moją mamą i najstarszą Janką – opowiada pani Danuta, a jej mama dopowiada: – Jak Rosjanie przyszli, to wszystko zniszczyli, a nas wygnali z domu już w 1939 roku. Na szczęście przyjęła nas pod swój dach bardzo uczciwa prawosławna kobieta. Część mojej rodziny została wywieziona na Syberię. My też byłyśmy na to gotowe, ale na szczęście tak się nie stało. Kiedy Hitler zaatakował Sowietów, to ci wypuścili dziadka i innych więźniów. Chcieli ich wcielić do swojej armii. Niektórzy poszli, ale on nie chciał i przedostał się do Anglii.
Pani Danuta sięga na półkę po zdjęcie dziadka. Franciszek Hołdyś jako 17-latek brał udział w Bitwie Warszawskiej. Walczył też w II wojnie światowej. – Uczestniczył w bitwie pod Falaise stoczonej w sierpniu 1944 r., która doprowadziła do przełamania obrony niemieckiej w Normandii. Znaczącą rolę odegrała w niej polska 1. Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Stanisława Maczka, gdzie walczył dziadek. Był kapralem, ale za ocalenie swojego dowódcy został odznaczony Orderem Virtuti Militari – mówi z dumą pani Danuta. 
Mama z córkami po zakończeniu wojny przyjechała na Ziemie Zachodnie i osiedliła się w Starym Stawie k. Nowej Soli. Franciszek Hołdyś już nie wrócił z Anglii do kraju. – Na emigracji szybko rozeszła się wiadomość o więzieniach i niesprawiedliwych procesach. Dziadek strasznie się bał tej komuny i postanowił już nie wracać do kraju. Parę razy go odwiedzaliśmy. Do końca życia mieszkał w Anglii i dopiero po śmierci jego prochy zostały tu sprowadzone – opowiada córka pani Heleny.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama