Nowy numer 32/2020 Archiwum

Byli też dobrzy Ukraińcy

Sprawiedliwi. – Wśród bestialskich i zdziczałych Ukraińców, znaleźli się też tacy, którzy potrafili zachować człowieczeństwo i z narażeniem własnego życia ratowali swoich polskich sąsiadów. Dziś oddajemy im hołd – mówi Krzysztof Kopociński.

W diecezji żyje wielu Kresowian, którzy przyjechali tu po wojnie. Każdy z nich ma własną życiową historię, w której ważnym, niezapomnianym elementem jest dramat wojny. Dużą część przesiedleńców ze Wschodu stanowią Polacy, którzy doświadczyli okrucieństw z rąk banderowców, ale i pomocy ze strony dobrych Ukraińców. Kilku z nich wspomina tamte wydarzenia, by nie tylko głośno opowiedzieć o zbrodniach UPA, ale przede wszystkim upamiętnić pomordowanych i uczcić cichych bohaterów, dobrych sąsiadów, którzy narażając własne życie, ocalali innych od śmierci.

Dziecko, uciekaj

Krzysztof i Zbigniew Kopocińscy, lekarze okuliści z Kresowego 105. Szpitala Wojskowego w Żarach, są inicjatorami upamiętnienia sprawiedliwych Ukraińców. Dzięki nim w mieście jest tablica oddająca hołd sprawiedliwym. Bracia Kopocińscy są również strażnikami rodzinnej historii, której główną bohaterką jest ich 94-letnia babcia Antonina. – Inspiracją dla uhonorowania sprawiedliwych Ukraińców dla mnie i mojego brata była opowieść naszej babci Antoniny, która cudem uniknęła śmierci z rąk upowców wraz ze swoim wówczas 2-letnim synkiem Stasiem, naszym ojcem – mówi Krzysztof Kopociński. – Babcia była młodą mężatką i sama z małym dzieckiem mieszkała w Krosienku koło Lwowa. Jej męża Rosjanie wcielili do Strojbatalionu w czerwcu 1941 roku i wywieźli za Ural, do pracy przy wyrębie lasu. W tej wiosce więcej niż połowę mieszkańców stanowili Ukraińcy. Przed wojną nie miało to znaczenia, bo razem ze sobą współistnieli, często zawierane były mieszane małżeństwa. Dwa odmienne narody normalnie w zgodzie ze sobą egzystowały – dodaje. Masowe ludobójstwo zaczęło się w lipcu 1943 roku na Wołyniu. W Krosienku działo się to trochę później. – Po zamordowaniu kilku członków naszej rodziny totalny strach padł na Polaków. Babcia miała jednak nadzieję, że jako młodej kobiecie z małym dzieckiem nic jej nie zrobią. Uniknęła śmierci tylko dlatego, że sąsiad, staruszek, przyszedł do jej domu i krzyknął: „Dziecko, zabieraj swojego synka i uciekaj, bo nasi będą was mordować” – relacjonuje Zbigniew Kopociński. – Był to Ukrainiec ożeniony z Polką, miał pięcioro dzieci. O planowanych we wsi mordach dowiedział się od swojego zięcia, zagorzałego nacjonalisty. Babcia uciekła do miasteczka Przemyślany i zgłosiła się na przymusowe roboty do Rzeszy, bo był to dla niej i jej małego synka jedyny ratunek – dodaje.

Fundament pojednania

Rodzina Kopocińskich wie dokładnie, kim był i jak się nazywał sprawiedliwy Ukrainiec, nie ujawnia jednak jego danych, bo prawda może być dziś niebezpieczna dla żyjących obecnie na Ukrainie jego krewnych. – O strachu przed mówieniem prawdy mogliśmy sami się przekonać, rozmawiając z Ukraińcami w Krosienku. Staruszki bały się mówić o mordercach naszych krewnych, których wszyscy znają. To może skończyć się zabójstwem lub spaleniem domu osoby, która to ujawniła – tłumaczą bracia Kopocińscy. – Dziś na Ukrainie, gdzie banderowcy zostali ogłoszeni bohaterami, ich krytykowanie czy nazywanie mordercami zagrożone jest sankcjami karnymi. W Krosienku znajduje się nawet obelisk poświęcony „sławie i chwale Ukrainy”, na którym z imienia i nazwiska wymienieni są bestialscy mordercy naszych krewnych. W pobliskich Przemyślanach nad cmentarzem, gdzie spoczywają ofiary banderowskiego ludobójstwa m.in. z naszej rodziny, powiewa czarno-czerwona upowska flaga – dodają. Krzysztof i Zbigniew Kopocińscy opowiadają rodzinną historię, by pokazać, że nie wszyscy Ukraińcy to mordercy. – Babcia Antonina przeżyła ten straszny czas i jest naocznym świadkiem tego, że wśród Ukraińców znaleźli się tacy, którzy potrafili zachować człowieczeństwo i z narażeniem własnego życia ratowali swoich sąsiadów innych narodowości: m.in. Polaków, Rosjan, Ormian, Żydów, Węgrów, Czechów, Słowaków i Cyganów – mówi Krzysztof Kopociński. – Z naszej rodziny zamordowano kilkanaście osób, kilka zostało spalonych żywcem. We współczesnej Ukrainie nasila się proces gloryfikacji ludobójców i morderców z UPA. My oddajemy hołd pomordowanym i pamiętamy o sprawiedliwych oraz apelujemy do władz Ukrainy o zaniechanie haniebnego procederu heroizacji ukraińskich zbrodniarzy wojennych. Uważamy, że właściwym fundamentem do tworzenia przyjaznych stosunków sąsiedzkich jest m.in. postawa sprawiedliwych Ukraińców – dodaje.

Widziałem to. Było strasznie

Izydor Budzyna pochodzi z okolic Zbaraża. Jest jednym ze świadków banderowskich zbrodni. – Żyliśmy przez wiele lat wszyscy razem, spokojnie, Ukraińcy i my, Polacy. Kiedy wkroczyli Rosjanie w 1939 roku, zaczął się już rozłam, a kiedy przyszli Niemcy w 1941 roku, wtedy Polacy musieli uciekać. Zaczęły się mordy, szczególnie na Wołyniu. Mieszkałem 30 km od granicy Wołynia i widziałem, jak ci biedni ludzie stamtąd uciekali i kryli się w naszych miejscowościach – wspomina pan Izydor. – To był czas, kiedy mężczyzn zabrano na wojnę, zostały kobiety, dzieci i starcy. Kto miał ich bronić? Takie smyki jak ja? Do obrony Polaków powołano Związek Żołnierzy Polskich Oddziały Samoobrony na Kresach Wschodnich, do których wstąpiłem. Trochę nas przeszkolili i musieliśmy ludzi bronić. My powinniśmy byli iść do szkoły, a nie wojować. Widziałem pomordowanych. Niemcy robili zdjęcia i obiecywali, że się zajmą tą sprawą, ale się nie zajęli, bo przecież Ukraińcy z nimi współpracowali. Banderowcy mówili, że walczą o wolną Ukrainę. Walczyć to trzeba było na froncie, a nie z kobietami, dziećmi i starcami. To było straszne, o tym nie można zapomnieć – dodaje. Pan Izydor przyjechał na Ziemie Zachodnie w 1945 roku. Miał wtedy 15 lat. – Tęsknię za Zbarażem, ale od tamtej pory tam nie byłem i nie pojadę – mówi.

Musiałam kłamać o tacie

Barbara Skórzewska mieszka w Jasieniu. Jej rodzice pochodzili ze Lwowa. Rodzinny dramat i bieg historii spowodowały, że znaleźli się na Ziemiach Zachodnich. – Mama była nauczycielką we Lwowie, tata urzędnikiem. Kiedy wybuchła wojna, trzeba było uciekać przed banderowcami. Niestety, tata nie zdążył, został rozerwany końmi. Mama była wtedy ze mną w ciąży – mówi ze łzami w oczach pani Barbara. – Mama ze mną i bratem uciekała. W Nowym Sączu przygarnęli nas bardzo gościnni ludzie, tam też się urodziłam. Mieszkaliśmy w Kamionce Wielkiej koło Nowego Sącza. W 1949 roku przyjechaliśmy do Jagodzina, a później do Jasienia, ale cały czas utrzymujemy z tymi ludźmi kontakt, tak jak z rodziną – dodaje. W nowej, powojennej Polsce rodzina pani Barbary też nie miała łatwo. – Nie wolno mi było mówić prawdy o tacie. Musiałam kłamać, że tata zginął na wojnie. Dziś, kiedy żyjemy w wolnym kraju, trzeba o tym opowiadać, bo nie można budować przyszłości na kłamstwie. Prawda musi zwyciężać, a my powinniśmy przebaczać – mówi Barbara Skórzewska. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama