Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nie chcę żyć poza Polską

– W naszych stronach nie było polskiej rodziny, w której malutkie dziecko nie umiałoby wierszyka: „Kto ty jesteś? Polak mały” – mówi Wiktoria Węgier z Tuplic.

Dowiedziała się o Katyniu

Życie wesołe, piękne, chociaż nie zawsze bogate skończyło się z chwilą wybuchu wojny. – 1 września 1939 roku, w pierwszy piątek miesiąca, szłam do kościoła. Minęłam po drodze dom mojej koleżanki Eryki, której matka była Niemką. Eryka stała przy furtce i powiedziała do mnie: „Co na to powiesz, Wikciu, że Hitler w niedzielę będzie jadł obiad w Warszawie?”. Ja ze smutkiem odpowiedziałam, żeby tak szybko nie prorokowała, bo nie wiadomo, jak to w przyszłości będzie. Tego wydarzenia w życiu nie zapomnę – wspomina. Jeszcze gorzej było po zajęciu północnej Bukowiny przez Związek Radziecki. – 28 czerwca 1940 roku, to był piątek, szłam do kościoła na Mszę św. do Serca Pana Jezusa. Zauważyłam w mieście straszne zamieszanie i dowiedziałam się, że Rumuni opuszczają nasze tereny, bo ma je zająć Związek Radziecki – wspomina mieszkanka Tuplic. W pierwszych dnia lipca 1940 roku, po wkroczeniu Rosjan, zaczęły się wywózki na Sybir zamożnych ludzi różnych narodowości. – W październiku 1940 roku rodziny pochodzenia niemieckiego i austriackiego wyjechały do Austrii w obawie przed wywózką na Sybir – opowiada pani Wiktoria. – Pamiętam pewnego wieczoru w październiku przyszedł do nas Wasia Poliszczuk, oficer Armii Czerwonej, który pochodził z Połtawy. „My waszych polskich oficerów w Katyniu jeszcze cieplutkich zakopywaliśmy” – przechwalał się. Tak wówczas dowiedziałam się o tej zbrodni – wspomina.

Łagier nr 9

W 1941 roku wywózki nasiliły się. Dużo polskich rodzin zabrano w nocy z 12 na 13 czerwca. – Nie wolno było im podać chleba ani wody, a był upał. Zostali wywiezieni na Sybir, gdzie wielu zmarło – opowiada Wiktora Węgier. – A 22 czerwca 1941 roku około 4.00 rano wybuchła wojna Związku Radzieckiego z Niemcami. Moja rodzina była już na liście do wywozu na Sybir. Uratowała nas wojna. Pani Wiktoria nie uniknęła jednak sowieckiego więzienia. – Razem z koleżankami zostałam aresztowana 5 stycznia 1945 roku. W areszcie modliłyśmy się, a oni nas podsłuchiwali. Podczas przesłuchania jeden z Sowietów powiedział: „Chcieliśmy was wypuścić, ale jak tak gorliwie modlicie się, to niech was Pan Bóg wyratuje”. Ja odpowiedziałam: „Czy za rok, czy za 10 lat, Pan Bóg nas uratuje”. Człowiek był tak wychowywany, że był gotów życie poświęcić dla ojczyzny i wiary – mówi tupliczanka. W areszcie siedziała do 12 marca 1945 roku. Tego dnia strażnicy wyprowadzili aresztantów na dworzec i wsadzili do wagonów. Pociąg odjechał na Wschód. – Jechałyśmy wiele dni. Po drodze dziennie otrzymywaliśmy kromkę chleba i 1 kiszony ogórek, na drugi dzień 1 łyżkę oliwy, a na trzeci dzień 1 łyżkę stołową cukru i tak na zmianę. Dowieziono nas do Kamieńska i poprowadzono do łagru. Po drodze miejscowi ludzie pluli i wyzywali nas od faszystów. To był specjalny łagier nr 9 wyłącznie dla Polaków. Tam było około 500 mężczyzn i 250–300 kobiet. Pracowaliśmy tam ciężko nawet na mrozie i na deszczu. Latem w upale ludzie padali od udaru słońca – dodaje. Na szczęście po roku pani Wiktorii udało się wrócić do rodziny. – Mój ojciec zapytał: „Co robimy? Zostajemy czy wyjeżdżamy do Polski?”. Ja odpowiedziałam: „Żebym miała tylko suchy chleb jeść i wodę pić, to już nigdy poza granicami Polski nie chcę żyć” – mówi pani Wiktoria. Razem z rodziną wyjechała z Bukowiny. Do Tuplic przyjechała 18 kwietnia 1946 roku.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama