Nowy numer 44/2020 Archiwum

Spakowałam apteczkę i poszłam

– Byliśmy napełnieni wiarą i entuzjazmem, że to powstanie coś da. Dla nas ono miało wielki sens, bez względu na to, czy ktoś walczył na froncie, czy leżał w szpitalu, czy robił coś innego – mówi Hanna Witkowska, sanitariuszka „Hanka” z powstania warszawskiego.

Kiedy wybuchła wojna, miała 11 lat. Powstanie warszawskie, w którym była sanitariuszką, spowodowało, że wybrała studia medyczne i została lekarzem. Dziś, po 71 latach od powstania, opowiada o bohaterskim zrywie narodowościowym. – Mieszkaliśmy w Łomżyńskiem, na wsi, bo mój ojciec był inżynierem rolnictwa i administrował majątkiem. Był też oficerem rezerwy, ułanem, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Kiedy wybuchła wojna, od razu go zmobilizowali i zginął w pierwszym jej tygodniu. Niedługo po tym Niemcy zarządzili ewakuację powiatu łomżyńskiego i musieliśmy uciekać do powiatu sokołowskiego, gdzie mieliśmy babcię. Mama postarała się również w tym czasie o mieszkanie w Warszawie, w którym mieszkaliśmy całą okupację – opowiada pani Hanna. Po ukończeniu szkoły podstawowej przez rok uczęszczała na tajne komplety w Warszawie, a później uczyła się w tajnym gimnazjum sióstr niepokalanek w Szymanowie pod Warszawą.

Poszłam bez pytania

Do powstania dołączyła bez wahania, bo z domu rodzinnego i szkoły wyniosła patriotyczne wychowanie. – Miałam wtedy 16 lat, więc w grę wchodziło tylko harcerstwo. Ale za mało przebywałam w Warszawie, by się wciągnąć. Wszyscy moi kuzyni byli zaangażowani, chociaż o tym nie mówili. W końcu postanowiłam się koniecznie dostać do Szarych Szeregów. Przyjechaliśmy ze wsi do Warszawy w połowie lipca. Sytuacja w stolicy była już bardzo napięta i wiedzieliśmy, że powstanie będzie lada moment. Zaszantażowałam mojego kuzyna. Powiedziałam, że albo mnie wciągnie do jakiejś jednostki, albo się więcej nie zobaczymy. Tak dostałam się do konspiracji. Otrzymałam pseudonim „Hanka” – wspomina pani Hanna. Tydzień przed powstaniem, podczas zbiórki na Starym Mieście, została zaakceptowana przez dowództwo. – Dostaliśmy polecenie o tzw. łańcuszku zawiadomienia o godzinie „W” i punkcie zbiórki – każda osoba miała kogoś zawiadomić o powstaniu. 1 sierpnia stałam w oknie i czekałam, ale żadna wiadomość do mnie nie doszła. Obok naszego mieszkania na Mokotowie był park Dreszera i zobaczyłam, że tam już strzelają. Byłam sama w domu, bo wszyscy – mama, siostra i ojczym – wyszli do miasta. Spakowałam podręczną apteczkę i poszłam na ulicę. Zupełnie samowolnie postanowiłam się dołączyć – opowiada „Hanka”. – Pierwsze, w czym pomagałam, to była budowa barykady. Ludzie rzucali meble przez okna i łapało się, co się dało, kto mógł, to wyrywał płytki chodnikowe. Ja się w ogóle nie bałam. Byłam chyba za młoda i brakowało mi wyobraźni. Kule świstały mi nad głową, ale nie myślałam, że mogę zginąć. Później dołączyłam do punktu sanitarnego kompanii B-3 – „Baszty”, Batalion „Bałtyk” – tłumaczy.

Bóg uratował mnie wiele razy

Nie miała fachowego przygotowania, była tylko po szkolnym kursie pierwszej pomocy, ale dostała przydział do opieki nad rannymi w szpitalu sióstr elżbietanek. – Dopóki byliśmy u nich, warunki były dobre – byli lekarze, przeprowadzano operacje, pielęgniarkami były siostry. Mieliśmy też leki, działała kuchnia... Później warunki i jedzenie były nędzne. Ewakuowaliśmy rannych z pięter do piwnic. Pod koniec sierpnia walki były coraz większe i teren powstania się zmniejszał, poszczególne dzielnice Warszawy były zajmowane przez Niemców. Dzień przed kapitulacją Mokotowa kuzyn zaproponował mi, żebym się ewakuowała kanałami, ale ja nie chciałam i nie mogłam opuścić szpitala. Mój kuzyn zginął wtedy w tych kanałach, a ja zostałam i uniknęłam śmierci. Opatrzność Boża czuwała nade mną – mówi pani Hanna. – Innym razem ocalałam dzięki księdzu Ziei, kapelanowi harcerskiemu, który uratował mnie i kilka innych sanitariuszek, najpierw przed Niemcami w szpitalu, a później od wywózki z obozu w Pruszkowie.

To jest mój obowiązek

Po powstaniu postanowiła zostać lekarzem. Akademię Medyczną ukończyła w Poznaniu. – Powstanie było potrzebą naszego pokolenia. Byliśmy napełnieni wiarą i entuzjazmem, że ono coś da. Dla nas to miało wielki sens. Nigdy nie słyszałam od powstańców, że powstanie nie było potrzebne. Swoją decyzję o pójściu na medycynę zawdzięczam temu zrywowi. Tam ją podjęłam, a później konsekwentnie zrealizowałam – mówi pani Hanna. Po studiach dostała nakaz pracy do województwa zielonogórskiego. W Zielonej Górze prowadziła m.in. poradnię reumatologii dziecięcej i pracowała w szkole specjalnej z niepełnosprawnymi. Dziś pani Hanna angażuje się również w pracę społeczną na rzecz obrony życia ludzkiego, m.in. z córką Małgorzatą prowadzi Ruch „Gaudium Vitae”, pomagający samotnym matkom. – W powstaniu życie można było bardzo łatwo stracić, dziś to życie jest, ale się je niszczy, dlatego jeśli można, trzeba je chronić – mówi H. Witkowska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama