Nowy numer 42/2018 Archiwum

470 kilometrów pamięci

Historia. – Kiedy poznałem ich
historię, wiedziałem, że muszę 
to zrobić. O tych kobietach nie
można zapomnieć. Im należy się
hołd – mówi Marek Grzelka.


Nowosolanin, polonista. Od 12 lat pracuje w Tygodniku „Krąg” jako korektor i dziennikarz sportowy. Pasjonat pieszych wędrówek i maratonów. Marek Grzelka we wrześniu wrócił z pieszej wyprawy do Flossenbürga. Sam przeszedł trasę marszu śmierci, którą 70 lat temu pokonały więźniarki z nowosolskiego obozu pracy.


Uderzyła mnie ta historia


Dzieje więźniarek i nowosolskiego obozu poznał, gdy robił korektę tekstów. To, co przeczytał. zrobiło na nim ogromne wrażenie. 
– W naszym tygodniku z okazji 70. rocznicy nowosolskiego marszu śmierci, pojawił się przedruk artykułu o miejscowej filii obozu Gross-Rosen i więźniarkach. Był tam też wywiad z Barbarą Ryłko-Bauer, profesor antropologii z Uniwersytetu w Michigan, której mama była lekarką obozową w Nowej Soli. Z racji tego, że zajmuję się korektą, siłą rzeczy obydwa teksty przeczytałem – opowiada Marek Grzelka. 
Długo nie mógł uwierzyć, że coś takiego w ogóle się wydarzyło. – To był praktycznie koniec wojny i ten marsz był absurdalny, bo polegał tylko na zagładzie świadków obozowych wydarzeń. Uderzyła mnie ta historia. Spytałem kolegów, czy słyszeli, by ktoś taką trasę marszu powtórzył. Nikt o tym nie słyszał. Mieszkam w tym mieście od urodzenia i poczułem obowiązek oddania hołdu ofiarom sprzed 70 lat. Nie potrafiłem się wyzbyć myśli, że trzeba pójść. Postanowiłem, że powtórzę tę trasę – dodaje.
Perspektywa kilkusetkilometrowego marszu nie była problemem, bo Marek Grzelka miał już doświadczenie w pieszych wyprawach. W 2004 roku poszedł z Nowej Soli pod Gorlice w Beskidzie Niskim. Maszerował również ze znajomymi zimą, w śniegu i mrozie. Nie bał się długiej trasy, ani tego, że pójdzie sam. 
Maratony to dla niego wyzwanie fizyczne, ale także komfort umysłowy. Jak mówi, zwykle chodzi „po rozum do głowy”. Marsze to sprawdzanie siebie, próba wytrwałości i hartu ducha, ale także forma rekreacji i umysłowego odpoczynku.
W tym marszu miało być jednak coś jeszcze, coś więcej niż zwykle – pamięć, analiza historycznych faktów i osobiście oddany hołd, tym które niewinnie i w dramatycznych warunkach zginęły podczas wykańczającej je wędrówki. 
Zanim wyruszył, dokładnie poznał dzieje nowosolskich więźniarek i miejscowego obozu pracy, a także historię marszu.


Liny, maty i upokorzenie


Nowosolski obóz pracy dla Polaków powstał w 1939 roku przy fabryce nici Gruschwitz Textilwerke. Miejscem zakwaterowania Polek był teren obecnego Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 przy ul. Wrocławskiej. Wcześniej mieścił się tam obóz dla młodzieży niemieckiej, która w ramach Reichsarbeitsdienst (Służba Pracy Rzeszy) odbywała obowiązkową, półroczną służbę na rzecz państwa. 
Jesienią 1940 roku rozkazem szefa SS Heinricha Himmlera powołana została Organizacja do Spraw Zatrudnienia Obcej Siły Roboczej, a specjalnym pełnomocnikiem do spraw Zatrudnienia Obcych Narodowości na Górnym Śląsku mianowano SS-Sturmbannführera Albrechta Schmelta. 
– Organizacja Schmelta zapewniała tanią siłę roboczą dla niemieckiego przemysłu. Wykorzystywano tutaj 3,5 tysiąca pracowników przymusowych. Tysiąc z nich było mieszkańcami Nowej Soli. Pracowały tu m.in. Francuzki, Ukrainki, Polki i Żydówki. Fabryka produkowała m.in. liny lniane i konopne, liny do spadochronów, maty maskujące na czołgi,. Była to wykańczająca i upokarzająca praca w polu lub w fabryce przy obróbce lnu, przy maszynach. Kobiety, z których połowa była poniżej 20. roku życia, otrzymywały głodowe racje żywnościowe. W obozie nie było lekarza. Każde uszkodzenie ciała kończyło się śmiercią lub wywózką do Oświęcimia. Dopiero w 1944 roku trafiła tu lekarka Jadwiga Lenartowicz, matka Barbary Ryłko-Bauer – opowiada Marek Grzelka.
W roku 1944 obóz w Nowej Soli stał się filią obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. W obozie pojawili się funkcjonariusze SS. Pogorszyły się warunki codziennego życia. 


Z Neusalz do Flossenbürga


Na początku 1945 roku Niemcy postanowili zlikwidować obóz, a więźniarki wysłać pieszo do Flossenbürga. 
Uformowane w trzech grupach kolumny kobiet wyruszyły z miasta prawdopodobnie między 22 a 30 stycznia 1945 roku. Oficjalnie, według danych Martina Gilberta, autora „Atlasu historii Holocaustu”, podaje się datę 26 stycznia. Pilnowane początkowo przez strażników obozowych, później esesmanów i żołnierzy Wehrmachtu, więźniarki szły bocznymi szosami. Niemcom zależało na dyskrecji, nie chcieli się afiszować z setkami wynędzniałych kobiet. Poza tym główne drogi były zarezerwowane dla wojska, które uciekało już przed Armią Czerwoną. 
Więźniarki codziennie pokonywały od 35 do 50 km. Trasa marszu wiodła m.in. przez Nowogród Bobrzański, Łęknicę, Bau-
tzen, Cinovec, Mariánské Lázně, Weiden do obozu koncentracyjnego we Flossenbürgu w Bawarii. W trwający 42 dni marsz o długości około 400 km wyruszyło z Nowej Soli około 1000 więźniarek. 
– Kobiety szły w drewniakach lub bez butów, ze stopami owiniętymi szmatami, w ubraniach z koców. To była jedna z najcięższych, najbardziej mroźnych zim w czasie wojny. Na drogę dostały po dwa bochenki chleba, marmoladę i margarynę – mówi M. Grzelka. 
– Nie ma jednoznacznych danych, ale według Gilberta, z 1000 dziewczyn dotarło do Folssenbürga tylko 200. Pozostałe zginęły w drodze – dodaje.
Ocalałe z marszu śmierci kobiety we Flossenbürgu nie przebywały długo. W obozie wybuchła epidemia tyfusu i rozpoczęto ewakuację części więźniów. 19 marca kobiety załadowano do wagonów towarowych (często po 100 osób do jednego) i wysłano do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen w Dolnej Saksonii. Transport przybył na miejsce 24 marca i trafił także na epidemię tyfusu i gorączkowe zacieranie śladów zbrodni dokonanych przez SS. Prawdopodobnie z nowosolskich więźniarek przeżyło tylko sto. 


Wiedziałem, 
że muszę pójść


– Przed wyruszeniem w trasę zacząłem mieć problemy ze stawami. Na oddziale reumatologii powiedziano mi, że mogę robić tylko kilkukilometrowe spacery, ale mimo to zdecydowałem się na tę wyprawę – mówi Marek Grzelka. 
Do plecaka spakował najpotrzebniejsze rzeczy, m.in. namiot, śpiwór, kuchenkę turystyczną, kompas i telefon z nawigacją. Wyruszył 21 sierpnia, późnym wieczorem.
– Wiedziałem, że muszę marsz z Nowej Soli do Flossenbürga powtórzyć, bo historia jest mało znana, śladów po obozie właściwie nie ma i nikt nigdy nie powtórzył trasy marszu... Wiedziałem, że muszę to zrobić i zaplanować drogę tak, by być w tych miastach, przez które przechodziły więźniarki, żeby uczcić ich pamięć, oddać im hołd. Żeby te dziewczęta, które po drodze zmarły, siedząc i mocząc dziś sobie nogi w jakichkolwiek niebiańskich sadzawkach, dmuchając dmuchawce w wiecznej szczęśliwości, zerknęły życzliwie, zza chmur w dół, że ktoś pamięta – wyjaśnia nowosolanin.
– Po drodze wielokrotnie kontemplowałem znaczenie zdań z rozmaitych modlitw, które przychodziły mi do głowy. Chociaż mój marsz trudno nazwać pielgrzymką, to jednak poruszałem się w dwóch warstwach – fizycznej i metafizycznej. Profanum cielesności, śmierci i cierpienia związanego z historią marszu oraz sacrum – przez ideę pójścia tą trasą z uczuciami, które wykraczają poza fizyczność – tłumaczy.
Podczas marszu przeżywał tę historię po swojemu. Rozmyślał i wyobrażał sobie, jak mógł wyglądać marsz więźniarek. 
– Złapałem się na tym, że podczas wędrówki ciągle zerkam na przydrożne rowy. Znając historię marszów śmierci wiedziałem, że jeśli któraś z dziewczyn upadła, zasłabła, strażnicy dobijali ją, a ciało spychali do rowu.
Dziewczęta z Neusalz straciły najlepsze lata życia na niewolniczej pracy, a potem samo życie podczas nonsensownego, bezcelowego marszu. Te, które tę katorgę przeżyły, czekało jeszcze gorsze – ośmiodniowy transport w bydlęcym wagonie bez jedzenia i picia. Te, którym udało się tę podróż przeżyć, trafiły wprost do piekła, do obozu Bergen-Belsen, najgorszego miejsca na świecie… – mówi maratończyk.
– Próbowałem sobie wyobrazić liczbę 800 osób. Przekładając to na trasę, musiałbym co 500 metrów zapalać świeczkę. To bardzo dużo… – dodaje. 
Marek Grzelka dotarł na miejsce 11 września. Meta jednak nie była najważniejsza. Bardziej znacząca okazała się sama droga.
– Ostatni dzień mojej wędrówki był bardzo intensywny pod względem emocji. Celem nie był Flossenbürg, ale trasa. Kiedy dotarłem na miejsce, na pewno poczułem fizyczną ulgę, chociaż myślałem, że będę bardziej zmęczony. Było mi żal, że te trzy tygodnie – bardzo mocny czas mojego życia – kończą się. Byłem też smutny, bo wiedziałem, gdzie się znalazłem. Nie czuję się bohaterem. Cieszę się, że upamiętniłem marsz tych dziewczyn i że dzięki temu więcej osób o tym wie. Ważna jest wrażliwość na drugiego człowieka i refleksja związana w marszem. Straszne jest to, co z ludźmi zrobiła ideologia – przyznaje M. Grzelka. 
Nie wyklucza, że kiedyś pójdzie tą trasą ponownie. – Najchętniej z grupą młodzieży, by w taki sposób poznała tę historię, by pamiętała – zdradza swoje marzenie.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy