Nowy numer 42/2020 Archiwum

Nigdy nie modlę się za siebie

– Wtedy ludziom nie było trudno dać coś dla Pana Boga. Rano w domu wstawaliśmy przed świtem, aby iść paść krowy. Ale wcześniej obowiązkowo był pacierz – opowiada o swoim rodzinnym domu pani Józefa.

Józefa Pierzchalska to na pewno jedna z najstarszych diecezjanek, jeśli nie najstarsza. W ubiegłym roku skończyła 104 lata. Po II wojnie światowej przez wiele lat mieszkała w Mirocinie Dolnym. Niedawno zamieszkała u córki Franciszki Kuźmy w Studzieńcu, który należy do parafii pw. Świętej Rodziny w Lubieszowie. – Pani Józefa ma cały czas różaniec w rękach – mówi tuż przed spotkaniem proboszcz ks. Sławomir Przychodny. Chwilę później okazuje się, że nie było w tym cienia przesady.

Bracia do cerkwi, ja do kościoła

Korżowa, teren dzisiejszej Ukrainy, to rodzinna miejscowość pani Józefy, która przyszła na świat w 1911 roku. – Nasza wieś leżała cztery mile rosyjskie od Podhajec w województwie tarnopolskim. A kościół parafialny mieliśmy w Toustobabach. Co niedzielę chodziliśmy na Mszę św. pieszo, bo u nas był tylko przydrożny krzyż – wspomina pani Józefa i dodaje: – Przy krzyżu w maju codziennie śpiewaliśmy Litanię do Matki Boskiej, a w październiku był Różaniec. Śpiewaliśmy też dużo pieśni maryjnych. Przychodzili prawie wszyscy. Wtedy to ludzie mocno wierzyli w Pana Boga… W ich domu było sześcioro dzieci. Pięciu braci i ona. – Żyliśmy z gospodarstwa. Mój tato miał poważanie u ludzi we wsi. Wszyscy go szanowali – wspomina pani Józefa. – Rodzice byli bardzo wierzący. Tata miał na imię Jan i był Ukraińcem, a mama Franciszka była Polką, katoliczką. U nas była taka tradycja, że jak urodził się syn, to był chrzczony w cerkwi, a jak dziewczynka, to w kościele. Tak robili wszyscy. To mama nauczyła mnie pacierza i przykazań. Cokolwiek robiła, czy pracowała w domu, czy na polu, często śpiewała. Wiele pieśni patriotycznych i religijnych dzięki temu poznałam – dodaje. Pani Józefa pamięta swoją Pierwszą Komunię Świętą. Było dużo przygotowań. – Musieliśmy chodzić do kościoła pieszo, a było to kilka kilometrów. Ksiądz nam pięknie opowiadał o Panu Jezusie – wspomina. Na uroczystość dostała buty, jednak założyła je dopiero przed kościołem, całą drogę szła boso.

Dobro zawsze wraca

Pani Józefa wyszła za mąż w wieku 18 lat. Wybranek – Mikołaj – był z tej samej wsi. – Miałam niesamowitego tatę. Rodzice bardzo się kochali. W domu nie słyszałam przekleństwa, nigdy nie widziałam go pijanego. Tato był kościelnym w Mirocinie Dolnym. Miał 82 lata, gdy zmarł. Rodzice przekazali nam wiarę słowem i przykładem. Wychowali nas w duchu bardzo religijnym. Mama zawsze mówiła, żebyśmy szanowali innych ludzi, bo czynione dobro zawsze wraca z powrotem – opowiada córka Franciszka. Korżowa to była mała wieś. – Narodowości były wymieszane, ale ludzie w zgodzie żyli. Dopiero w czasie wojny wszystko się popsuło. Zaczęły się napaści banderowców na Polaków – wspomina pani Józefa. – Zabili siostrę mojego męża – dodaje. Na Ziemie Zachodnie pani Józefa z dziećmi przyjechała 18 listopada 1945 roku. – Już nie pamiętam dobrze, czy pięć, czy siedem tygodni jechaliśmy pociągiem. Mąż Mikołaj był już na wojnie, ale mieliśmy kontakt listowny. Trafił wtedy do Żagania. Napisałam mu, że nie wiem, co robić, czy jechać, czy zostać. Odpisał mi: „Patrz, co ludzie robią”. Wszyscy Polacy wyjeżdżali, to i ja wyjechałam – wspomina pani Józefa. – Po drodze mama bardzo się rozchorowała. Przyjechaliśmy do Kożuchowa. Było nas troje – dwie siostry i brat. Ja najmłodsza. Wtedy miałam trzy lata, ale wszystko doskonale znam z opowieści mamy. Wszyscy już poszli szukać nowych domów, a my zastanawialiśmy się, co robić. Nagle ktoś krzyknął, że nasz tata idzie. Faktycznie przyszedł z Żagania, bo dowiedział się, że przyjechał transport ze Wschodu. I rodzina znów była w komplecie. Na początku panowała straszna bieda, ale byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy znowu razem – opowiada pani Franciszka.

Taka moja robota

Pani Józefa po II wojnie światowej była trzy razy w rodzinnych stronach. – Mama tam jeździła, bo tam została część naszej rodziny. Wtedy jeszcze nasza babcia żyła – mówi pani Franciszka. – Ja też tam byłam z mężem. Nasz rodzinny dom nadal stoi. Miejscowi są niezwykle gościnni i bardzo szczerzy – dodaje. Ale jak było z tym różańcem? Pani Józefa do róży Żywego Różańca wstąpiła jeszcze przed wojną. – Teściowa była najstarszą zelatorką i jak w jej róży umarła jedna z kobiet, powiedziała do mnie: „To ja ciebie zapiszę”. Jak mnie wtedy zapisała, to jestem do dzisiaj – opowiada pani Józefa, która przez wiele lat w parafii w Mirocinie była zelatorką jednej róży. – Nigdy nie modlę się za siebie, zawsze za kogoś. Za biednych, bezdomnych, chorych, cierpiących i niewierzących. Taka moja robota – dodaje z uśmiechem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama