Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Mamuś, nie umieraj!

– Wypuszczamy gołębie na loty, a później siadamy przed domem i czekamy, aż przylecą. To niesamowity czas … Najgorzej jak nie wrócą. Wtedy łza się w oku zakręci – przyznaje pani Jolanta.

Ten dzień – 28 stycznia 2006 r. – Jolanta Czekalska z Połupina k. Krosna Odrzańskiego będzie pamiętać już do końca swych dni. To wtedy doszło do największej we współczesnej Polsce katastrofy budowlanej w hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Pod ciężarem śniegu zawalił się dach. W budynku było wtedy ok. 700 osób. Wśród nich Lubuszanie. 65 osób zginęło, 140 zostało rannych. Jedną z ofiar śmiertelnych był Mieczysław Kawa z Jasienia. – Wielu ludzi odeszło tego dnia. Wspaniali ludzie zginęli – mówi pani Jolanta, której udało się przeżyć. Pokazuje miesięcznik „Hodowca” wydany po tragedii, a na stronie tytułowej zdanie: „Życie człowieka jest jak życie gołębia. Gdy nadejdzie ten najważniejszy dzień, każdy musi odlecieć sam!”.

Najpierw patrzę w górę

Do Katowic na targi przyjechała do pracy. Jest generalną przedstawicielką na Polskę belgijskiej firmy produkującej elektroniczne zegary dla hodowców gołębi. Na targach były z nią jej dorosłe dzieci. – W sobotę było bardzo dużo ludzi. Staliśmy przy naszym stoisku i nagle zobaczyłam, że coś jest nie tak. Usłyszałam trzask i krzyknęłam do dzieci: „Chodu!”. Dach spadł prosto na nas. Dostałam w głowę i straciłam przytomność – wspomina pani Jolanta. Gdy się ocknęła, poczuła zimno i ból. „Co z dziećmi?” – myślała, leżąc pod zawalonym dachem. – Słyszałam swój telefon, który na okrągło dzwonił, ale nie mogłam się ruszyć. Mogłam jedynie poruszać palcami, więc jak usłyszałam, że ktoś chodzi po leżących na mnie blachach, to zaczęłam w nie stukać i wołać o pomoc. Wtedy usłyszałam moją córkę: „Mamo, pomóż mi!”. Odpowiedziałam: „Dziecko, ja sama nie mam siły. Chyba mi nogi obcięło”. A ona: „To co my teraz zrobimy?”. A ja: „Wołajcie, bo ja już nie dam rady” – wspomina traumatyczne wydarzenia pani Jola. – Chciałam tylko usnąć. Na szczęście synowi udało się wydostać spod zawalonego dachu. Pamiętam, jak krzyczał: „Mamuś nie umieraj! Mam tylko Ciebie! Musisz żyć!”. Byłam nawet zła na niego, bo chciałam tylko usnąć z tego zmęczenia i bólu, a on mi na szczęście nie pozwalał. Tylko dzięki niemu żyję – kontynuuje. Wyciągania spod gruzu nie pamięta. Obudziła się dopiero w szpitalu. Była godz. 20.20. – Nie wiedziałam co z dziećmi. Wstałam i jak taka babunia szłam poobijana, pobandażowana, bosa, brudna i pokrwawiona, próbując je znaleźć. W końcu dojrzałam kogoś podobnego do mojej córki na wózku inwalidzkim. Okazało się, że to ona. Miała nogę w gipsie. Mówię: „Magda, żyjesz!”. Odpowiedziała: „Tak, mamo!”. Zapytałam: „A co z Pawłem i Sebastianem? Żyją?”. Z ulgą odpowiedziała: „Żyją!”. Później ok. 2.30 w nocy przyszli Paweł i Sebastian. Cieszyliśmy się i dziękowaliśmy Bogu, że żyjemy – dodaje. Do dziś pani Jolanta odczuwa skutki wypadku. – Bardzo źle widzę na prawo oko. Z chodzeniem też ciężko. Miałam mieć amputowaną nogę, ale moja córka na szczęście nie pozwoliła. Noga ciągle boli, ale ją mam – mówi. Od chwili katastrofy nosi w sobie podświadomy lęk. – Do dziś dnia staram się unikać dużych sklepów i hal. Jeśli już muszę do nich wejść, to najpierw patrzę w górę – dodaje.

Jednak Jolka coś potrafi

Przed katastrofą pani Jolanta nie hodowała gołębi. – Podczas tamtych targów na naszym stoisku mieliśmy kilka tych ptaków. Ocalał jeden. To była samiczka, więc nazwałam ją Wiktoria. Przez pewien czas opiekowałam się nią, ale wiedziałam, że musi mieć więcej wolności. Jak przyjechali do mnie w odwiedziny hodowcy z Lubska to zapytałam jednego z nich: „Zaopiekujesz się tym gołębiem?”. A on: „A oddasz mi go?”. Odpowiedziałam: „Oddam. Zasługujesz na niego” – opowiada. Hodować gołębie zaczęła dwa lata po tragedii. Pani Jolanta to jedyna w regionie hodowczyni w spódnicy. – W pierwszym roku chłopcy śmiali ze mnie się. Mówili: „Co ty Jolka zrobisz ze swoimi gołąbkami?”. Ale niedługo potem byłam pierwsza w sekcji. Potem 11 w okręgu na 12 tys. hodowców i 38 w regionie, który sięga pod Poznań. U nas w oddziale nikt takiego wyniku nie zrobił w pierwszym roku lotów. I powiedziałam do chłopaków: „Jednak Jolka coś potrafi” – dodaje. W tym roku koszowanie będzie odbywać się właśnie u niej. – Wszyscy przywiozą swoje gołębie do mnie. Zapakujemy je na samochód, który zawiezie je na lot. Pierwszy jest krótki: 120 km. Co tydzień dalej, dalej, aż dochodzimy do maratonu 800 km z Holandii albo Belgii. Dla starych gołębi jest 14 albo 15 lotów w roku. Od sierpnia zaczynają się loty młodych gołębi – wyjaśnia mieszkanka Połupina. – Potem człowiek siada przed domem i czeka. Najgorsze, jak nie wracają. Czasem zabije je jastrząb, czasem padną z pragnienia, a innym razem zahaczą o linię wysokiego napięcia. Do tej pory czekam na swoją samiczkę o numerze 7275, która nie wróciła w 2015 roku. Nie zachwycała urodą, ale była wybitną lotniczką. Jeden z wytrawnych hodowców obejrzał ją i powiedział, że nic nie jest warta. Potem okazało się, że ciągle wygrywała i miała mnóstwo dyplomów – śmieje się pani Jolanta. Czym teraz są dla niej gołębie? – Teraz bez gołębi nie mogłabym istnieć. To moje życie – przyznaje.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma