Nowy numer 43/2020 Archiwum

Zapłaciłem za to wysoką cenę

Żołnierz Niezłomny. – Organizowaliśmy różne akcje. Obrzucaliśmy atramentem portrety Stalina, zrywaliśmy czerwone flagi, słuchaliśmy radia BBC, rozpowszechnialiśmy prawdę o Katyniu… – wymienia były konspirator.

Bogumił Orłowski jako kilkunastoletni harcerz dołączył do konspiracji. Razem z kolegami organizował akcje sabotażowe przeciw władzy komunistycznej. Za swoje „wybryki” konsekwencje ponosił przez wiele lat. Dziś rozlicza się z przeszłością, opowiadając o ukochaniu ojczyzny młodszym pokoleniom.

To nam się nie podobało

Bogumił Orłowski urodził się w Kołomyi w woj. stanisławowskim na Kresach. Mieszkał w Stanisławowie, gdzie chodził do szkoły i, jako mały chłopak, przeżył wojnę. – Mój ojciec był kolejarzem. Grał też w orkiestrze teatralnej i podczas jednego z występów dla Wehrmachtu Ukraińcy rzucili na widownię granaty; powstało zamieszanie. Niemcy szukali później sprawców tego wydarzenia. Ojciec tam wtedy był, dlatego musiał się ukrywać. Później trafił do Wojska Ludowego i udało mu się dotrzeć na zachód Polski, do Jarocina. Gdy skończyła się wojna, sprowadził tam mamę, mnie i moje dwie siostry – opowiada pan Bogumił. Pod koniec wojny, w 1945 roku, młody Bogumił wraz z ojcem przyjechał do Zielonej Góry. Później dołączyła do nich pozostała część rodziny. Tu w trudnych, powojennych realiach zaczęli nowe życie. – Mieszkaliśmy przy ul. Chrobrego. Chodziłem do szkoły, jak każdy chłopak miałem kolegów, z którymi grywaliśmy w piłkę, skakaliśmy wzwyż czy szukaliśmy broni, która została tu po wojnie. To były takie nasze tajemnice, nasza nieformalna grupa – wspomina Bogumił Orłowski. – W szkole wstąpiłem do harcerstwa. To było coś! Zbiórki, obozy, wierność wartościom… Szybko jednak zaczęto wprowadzać ideologię komunistyczną – pogadanki, nowe zasady, które już mi się nie podobały. Przez kolegę Jerzego Giełdę dostałem się do organizacji niepodległościowej – Konspiracyjnego Związku Młodzieży Wielkopolskiej, do placówki zbrojnej „Lwie Gniazdo” w Zielonej Górze, i otrzymałem pseudonim „Orzełek”. Organizowaliśmy różne akcje, m.in. obrzucaliśmy atramentem portrety Stalina, zrywaliśmy czerwone flagi, słuchaliśmy radia BBC i rozpowiadaliśmy różne informacje tam zasłyszane. Miałem również broszurę o Katyniu i ją także rozpowszechniałem. Chcieliśmy też wysadzić pomnik żołnierzy radzieckich na obecnym placu Westerplatte, ale ta akcja ostatecznie nie doszła do skutku – dodaje.

Bałem się tej szafy i tortur

Ówczesne lokalne władze szybko zorientowały się, kto stoi za „haniebnymi czynami”, godzącymi w socjalistyczne ideały i system komunistyczny. Młodocianych wrogów ludu aresztowano i ukarano. – To był 18 stycznia 1950 roku. Dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa przyszło do mojego domu i mnie aresztowało. Po schodach sprowadzili mnie do gazika i pojechaliśmy jeszcze po mojego kolegę, którego też aresztowali. Następnie zawieźli nas do siedziby UB przy ul. Grottgera. Tam od razu wsadzili mnie do blaszanej szafy. Siedziałem i czekałem, co się stanie. Bałem się, że podłączą pod tę szafę prąd… – relacjonuje pan Bogumił. – Po kilku godzinach wypuszczono mnie w końcu z tej szafy. Chodziło o izolację i nastraszenie mnie. Później sprowadzono mnie do celi w piwnicy, gdzie była tylko prycza z desek i tzw. kibel na nieczystości. W tym pomieszczeniu w dzień panował półmrok, a w nocy cały czas świeciło się światło – dodaje. Śledztwo trwało sześć miesięcy. To był czas, gdy śledczy fizycznie i psychicznie znęcali się nad więźniami. – Przesłuchanie odbywało się zwykle w nocy. Przeprowadzali je funkcjonariusze, którzy często, po powrocie z restauracji „Biały Orzeł”, byli pijani. Z przesłuchań pamiętam biurko, ręce funkcjonariusza, pistolet i szpicrutę, kartkę papieru i światło skierowane wprost na moją twarz. Padały pytania o imię, nazwisko, pseudonim… – ciągłe wałkowanie tego samego – opowiada represjonowany. – Często wyprowadzano nas na korytarz na drugie piętro. Funkcjonariusze kazali stawać przy ścianie, wyzywali oczywiście, m.in. od bandyty, i bez przerwy wydawali rozkazy, by się odwrócić do ściany lub odwrotnie, zrobić przysiad albo wstać. Przy tym bili i kopali. Potem były dwie, trzy godziny snu i znów na korytarz. Robili to specjalnie, by zmęczyć nas fizycznie i psychicznie. Podczas przesłuchań, kiedy nie przyznawałem się do konspiracji, byłem bity. Miałem 14 lat, byłem chudy i każdy cios dorosłego mężczyzny mnie nokautował – uzupełnia. Po półrocznym śledztwie, przyszedł czas na rozprawę w sądzie i ukaranie wrogów ludu. Młodociani „przestępcy” sądzeni byli przy otwartych drzwiach. – Rozprawa trwała trzy dni. To było widowisko – proces pokazowy. Duże osiągniecie dla ówczesnych władz. Sądzono nas trzynastu. Zostałem skazany na trzy lata więzienia, pozbawiony praw obywatelskich i uczniowskich. Byłem wrogiem Polski Ludowej, bo przemocą chciałem obalić ustrój – tłumaczy Bogumił Orłowski.

Kamieniołom i kopalnia

Po wyroku przez kilka miesięcy pan Bogumił przebywał w więzieniu w Zielonej Górze, a później trafił do więzienia w Strzelcach Opolskich. Tam pracował w kamieniołomie. – Mieszkałem w drewnianym baraku, takim jak te w Oświęcimiu. Były tam piętrowe prycze i pluskwy, których nie można było wytępić. Tam spotkałem mężczyzn z Armii Krajowej, którzy mieli wyroki śmierci i dożywocia. Jedynym dobrem było to, że w Strzelcach Opolskich nie było głodu, chociaż praca była ciężka. Najbardziej doskwierały nam warunki atmosferyczne – relacjonuje pan Orłowski. Ze Strzelec trafił do Jaworzna. Tam odbywał dalszą część kary i zajmował się m.in. załadunkiem betonowych belek oraz pracował w stolarni. Tam również ukończył kurs murarski. W odróżnieniu od poprzedniego więzienia, w Jaworznie więźniom doskwierał głód. Pan Bogumił został zwolniony z więzienia 14 października 1952 roku. Po 33 miesiącach niewoli wrócił do domu i rodziny.

Nie wiedziały nawet dzieci

– Po odbyciu kary miałem już 18 lat. Nie wróciłem do Zielonej Góry, tylko do Łodzi, bo moja rodzina właśnie tam się przeniosła po tym, jak ojciec przeze mnie stracił pracę. Zatrudniłem się jako elektryk w zakładach bawełnianych. Wtedy brano młodych mężczyzn do „Służby Polsce”. Wylądowałem w Nowej Hucie. Przed chwilą jeszcze byłem wrogiem ludu, a tu stałem się wychowankiem stalinowskim, budującym Nową Hutę. Chodziliśmy ubrani jak sowieccy żołnierze. Nie było jednak możliwości sprzeciwu czy ponownej walki z systemem – opowiada represjonowany. – W 1954 r. zostałem powołany do wojska. Przydzielono mnie do kopalni w Chorzowie. Tam znów musiałem pracować dla ojczyzny. Dopiero w 1956 r. wróciłem do społeczeństwa i zacząłem wreszcie swoje życie – dodaje. O swojej konspiracyjnej przeszłości przez lata nikomu nie mówił. Nie wiedziały nawet jego dzieci. – Cały czas czułem, że ktoś nade mną „czuwa”. Przy każdej okazji wyciągano i przypominano mi moją przeszłość – wyznaje Bogumił Orłowski. – Dzisiaj wspomnienia wracają. Po 66 latach od tamtych wydarzeń odwiedziłem też moją szkołę. Przy różnych okazjach opowiadam młodzieży o swoich doświadczeniach, o konspiracji… Mówię im też o wartościach, które dziś dla młodych powinny być bardzo ważne. Są nimi m.in. rodzina, wiara i znajomość historii. To podstawa, która buduje naszą tożsamość – przekonuje pan Bogumił.•

To część naszej tożsamości

Ks. dr hab. Dariusz Śmierzchalski-Wachocz, historyk, wykładowca Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Szczecińskim, w seminarium w Paradyżu i Instytucie Filozoficzno-Teologicznym w Zielonej Górze – Żołnierzami niezłomnymi są ci, którzy do 1945 r. walczyli z okupacją niemiecką, a później z radziecką. To członkowie Armii Krajowej, Wolności i Niezawisłości oraz innych organizacji konspiracyjnych, które nie godziły się z ustaleniami geopolitycznymi w Jałcie, Teheranie i Poczdamie. To byli żołnierze, którzy po wojnie nie złożyli broni, ale kontynuowali walkę podziemną z tymi, którzy byli zwolennikami frakcji komunizacji Polski. Wyklęci to ludzie, których władza ludowa zhańbiła. Przykładem może być np. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który dobrowolnie wszedł do obozu koncentracyjnego, by tam stworzyć opozycję, nabrać rozeznania, i któremu udało się stamtąd uciec. Wiemy, jak mu władza ludowa za te czyny podziękowała po wojnie. Ludzi, których w podobny sposób – poprzez więzienie, procesy i kary śmierci –zhańbiono, jest mnóstwo. Na terenie województwa lubuskiego działań na miarę np. Łupaszki czy Pileckiego nie było, istniało za to sporo organizacji konspiracyjnych, organizowanych głównie przez młodzież. Dzisiaj mówiąc o patriotyzmie, który jest kontrą dla modnego kosmopolityzmu, czyli koncepcji budowania małych ojczyzn w kontekście utraty świadomości przynależności do konkretnego narodu, wartości Bóg, Honor, Ojczyzna są fundamentalne. Trzeba je dziś propagować na przykładzie konkretnych wzorców, postaw bohaterskich, konkretnych ludzi, którzy oparli się systemowi. To nasza tożsamość i historia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama