GN 47/2020 Archiwum

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój

„Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pańskiego! Już stoją nasze nogi w twych bramach, o Jeruzalem” – te słowa powtórzył za psalmistą po przejściu prawie 3200 km z Otynia do Jerozolimy.

103 dni, 3198 km, 11 krajów, 3 tys. zdjęć, 9 kg wagi mniej, 3 promy, 1 samolot. 30 noclegów w klasztorach, na plebaniach i w domu wspólnoty w Medjugorju, 30 w hotelach, motelach, apartamentach, 20 w domach u rodzin, 12 pod gołym niebem, 5 w pomieszczeniach gmin, w klubie, na stacji benzynowej, w restauracji, 2 przy meczetach, 2 na promach i wreszcie 1 na kempingu. Koszt 3,5-miesięcznej pielgrzymki? 0 zł!

– Nigdy nie prosiłem o pieniądze czy jedzenie – wszystko otrzymałem od przyjaciół i osób spotkanych po drodze – przyznaje Jacek Jelonek z Poznania. To właśnie jego historia kryje się pod tymi statystykami. Historia drogi z sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Otyniu do Jerozolimy. – Ostatnio zastanawiałem się, dlaczego zostałem zaproszony przez Boga do odbycia pieszej pielgrzymki. Doszedłem do wniosku, że złożyło się na to kilka czynników. Zaczynając od tych prozaicznych. Mam już doświadczenie w „pielgrzymowaniu na dłuższe dystanse” (Lourdes–Santiago de Compostela – 1000 km; Częstochowa–Rzym – 1500 km). Jestem informatykiem freelancerem, więc mogłem zrobić sobie 4-miesięczną przerwę w pracy. Wydaje mi się, że jestem dość elastyczny, ciekawy przygód i potrafię stosunkowo łatwo zaakceptować trudniejsze warunki drogi czy noclegów. No i najważniejsze, mam kochającą żonę Martę, otwartą na Ducha Świętego, która mimo obaw zgodziła się, abym wyruszył. Chyba dopiero taka kombinacja sprzyjających okoliczności może doprowadzić do Bożego szaleństwa, aby wyruszyć w nieznane, w ponad 3000-kilometrową drogę – mówi pielgrzym, który opisał swoją drogę na osobistym blogu Facebooka „Do Jerozolimy”.

Poszedł, aby głosić

Droga do Jerozolimy była od początku drogą modlitwy. Przede wszystkim o pokój, bo taki cel przyświecał pielgrzymowi, który przez całą drogę zachęcał do modlitwy w tej intencji. – Mam świadomość, że ten pokój rodzi się przede wszystkim w naszych sercach, i wtedy może promieniować na rodziny, kraj i cały świat. O tym będę mówił po drodze, bo chcę głosić Chrystusa Zmartwychwstałego. Przecież hasło tego roku brzmi: „Idźcie i głoście” – mówił tuż przed wyjściem. A okazji do świadectwa nie brakowało od samego początku, jak chociażby drugiego dnia. – W pewnym momencie mijam, jak się późnej okazało, 58-letniego mężczyznę, który mnie zapytał, jak odmawia się Różaniec. Wytłumaczyłem, a później chwilę rozmawialiśmy. Zwierzył się, że niedawno rzucił palenie, ale nie może sobie poradzić z uzależnieniem od alkoholu. Zgodził się, żebym pomodlił się nad nim o uzdrowienie – relacjonuje pierwszy dzień drogi i kontynuuje: – Wychodząc z Przemkowa, mijam grupę gimnazjalistek z nauczycielką. Jedna z nich pyta mnie, czy potrzebuję pomocy w odnalezieniu drogi. Mówię, że nie, bo mam mapę w komórce wraz ze ścieżką do Jerozolimy. Dziewczyny na początku chyba nie wierzą, że idę do Jerozolimy, ale potem przekazują mi swoje adresy, a ja obiecuję, że każdej z nich wyślę kartkę z Ziemi Świętej. Chwilę jeszcze rozmawiamy, m.in. na temat wiary. Jedna z nich – Martyna – ma na jednym nadgarstku krzyż jerozolimski, a na drugim pentagram. Wyjaśniam, że tych dwóch rzeczywistości nie można łączyć. Obiecuje, że to przemyśli. Piękny dzień, chwała Panu! Każdy dzień był spotkaniem z ludzką życzliwością. Jak chociażby na 297. km w czeskiej miejscowości Svitavy, do której dotarł 9. dnia o 17.00. – Na plebanii nikogo nie zastaję. Po drodze do kościoła mijam Caritas, więc dzwonię do drzwi, aby zapytać o księdza. Szefowa, pani Blanka, serdecznie mnie zaprasza i mówi, że ksiądz lada moment powinien wrócić, i pokazuje, gdzie mogę wziąć prysznic. Potem częstuje mnie herbatą z pokrzywy, tłumacząc, że oczyszcza krew – opowiada z uśmiechem. – Ksiądz proboszcz Václav faktycznie po kilku minutach się pojawia. Oprowadza mnie po dość dużej plebanii, pokazuje pokój, gdzie będę spał, kuchnię, a nawet spiżarnię. Mówi, że wszystko jest do mojej dyspozycji i żebym czuł się jak u siebie w domu. Ksiądz jest niesamowity! Na 18.00 jedziemy do kościoła w centrum miasta na nabożeństwo majowe. Po nim „przejmuje mnie” ks. Piotr i jedziemy kilkanaście kilometrów na Mszę do kościoła filialnego w miejscowości Hradec nad Svitavou. Dowiaduję się, że tutaj urodził się i w tym kościele był chrzczony bł. Engelmar Unzeitig – „anioł z Dachau”. To był intensywny dzień... piękny dzień. Chwała Panu! – mówi.

Noc u św. Bazylego

W 47. dniu pielgrzym dotarł do Monasteru Ostrog. Miał już wtedy za sobą ponad 1400 km. Jest to XVII-wieczny klasztor. – Zupełnie „przypadkowo” spotkałem malezyjską protestantkę Abby. Od niej dowiedziałem się wszystkiego o funkcjonowania monasteru oraz zaplecza dla pielgrzymów. Zwiedzanie rozpoczyna się od małej kaplicy, w której jest otwarta trumna z ciałem św. Bazylego. Podobno od kilkuset lat jest ono w stanie nienaruszonym. Trudno to zweryfikować, gdyż całe okryte jest całunem. Na górnej kondygnacji klasztoru wyrasta ze skały winna latorośl. Podobno pojawiła się zaraz po śmierci Bazylego, co zostało uznane za znak jego świętości. Mówią, że przyjeżdżają tu każdego roku 2 miliony osób. Głównie są to wyznawcy prawosławia, ale oprócz nich pielgrzymują tu również protestanci, katolicy, a nawet muzułmanie. Z pewnością magnesem tego miejsca są liczne cudowne uzdrowienia, wymodlone za wstawiennictwem św. Bazylego – tłumaczy Jacek. – Postanowiłem nocować na placu przed klasztorem. Po zorganizowaniu sobie miejsca do spania modliłem się za wstawiennictwem świętego za rodzinę, przyjaciół i znajomych – opowiada.

Kanapki na wieczór i jedna prośba

W trakcie pielgrzymki wiele osób prosiło Jacka o modlitwę. Tak było choćby w Albanii, na drodze z Bilisht do Argos Orestiko, gdzie pielgrzymkowy licznik aplikacji pokazał 1868,6 km. – Dochodzę do małej miejscowości Mesopotamia. Jest godz. 16, więc postanawiam tutaj zjeść obiad. Mijam kilka restauracji, aż dochodzę do tej, w której czuję, że mam się zatrzymać. Przy stoliku siedzą dwie dziewczyny. Okazuje się, że jedna z nich to właścicielka Sofia, a druga – jej przyjaciółka Marylin, która jest Kolumbijką. Marylin zna dobrze angielski, więc pomaga mi porozumieć się z Sofią w kwestii menu. Dziewczyny są zaintrygowane, skąd jestem i dokąd idę. Opowiadam o mojej pielgrzymce i o moich przygodach. Robi to na nich takie wrażenie, że Sofia nie chce, żebym płacił za obiad, a Marylin idzie do domu przygotować mi kanapki na wieczór. Dziewczyny proszą, abym pomodlił się za nie w Jerozolimie i przygotowują karteczki do zatknięcia w Ścianie Płaczu. Oczywiście obiecuję, że to zrobię – wspomina pielgrzym.

Polak w każdym zakątku globu

Rodaków można spotkać na całym świecie. Chociażby w 74. dniu wędrówki po przebyciu 2334 km w Atenach. – Nieustannie doświadczam Opatrzności Bożej. Tym razem trafiłem do domu Iwony i Krzysztofa. Są niesamowicie serdecznym i pogodnym małżeństwem. Mieszkają w Grecji od 22 lat. Tutaj urodziła im się córka Ola, która w tym roku zdała maturę i planuje od października rozpocząć studia w Polsce. Cała rodzina aktywnie angażują się w życie parafii. Należą do charyzmatycznej wspólnoty Emaus. Iwona raz w miesiącu przylatuje do Polski, gdzie w ramach Akademii Rozwoju Talentów uczestniczy w zajęciach z formacji ewangelizatorów, posługi modlitwy charyzmatycznej, formacji liderów oraz formacji kobiet. Krzysztof wspiera żonę w jej rozwoju i w działaniach na rzecz Kościoła. Sam jest nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej. Miłość w ich domu jest namacalnie odczuwalna – opowiada Jacek.

Najważniejsza była droga

Wreszcie nadszedł ten najdłużej oczekiwany 103. dzień pielgrzymki i Jerozolima. – Na początku dzisiejszej drogi czuję dużą radość i wzruszenie na myśl, że już dziś dotrę do Jerozolimy. Przypominam sobie wiele sytuacji, których doświadczyłem w tylu różnych miejscach na trasie; spotkania z tak wieloma różnymi ludźmi… Jakoś szczególnie teraz do mnie dociera, że to nie Jerozolima jest prawdziwym celem mojego pielgrzymowania, a była nim sama droga i spotkania z drugim człowiekiem, z sobą samym i z Bogiem – relacjonuje pielgrzym. Do Starego Miasta w Jerozolimie doszedł po 19.00. – Na niebie jest księżyc w pełni. Korzystając z GPS-u i mapy w komórce docieram do bazyliki Grobu Świętego. Modlę się, dziękując Bogu za szczęśliwe ukończenie pielgrzymki. Dzięki pomocy przyjaciół i gościnności s. Benigny przez kilka najbliższych dni będę nocował w Domu Pokoju u Sióstr Elżbietanek na Górze Oliwnej. Piękne domknięcie mojej pielgrzymki. Rozpocząłem ją w sanktuarium MB Królowej Pokoju w Otyniu, a kończę w Jerozolimie w Domu Pokoju – mówi Jacek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama