Nowy numer 38/2018 Archiwum

Modlitwa w syberyjskim baraku

Niechętnie mówią o swoim dzieciństwie. Jeśli jednak opowiadają o tym, co przeszli, to po to, aby nic podobnego już się nie zdarzyło.

Słubickie koło Związku Sybiraków powstało w 1988 roku. Jego pierwszym prezesem był Roman Golański, później Lucyna Żukowska, Ryszard Kowaluk, Czesław Jasiewicz, a obecnie jest nim Eugeniusz Jurczenko. Członkowie słubickiego koła spotykają się raz w tygodniu w swojej siedzibie, biorą udział w uroczystościach patriotycznych. Stawiają też na współpracę z lokalną społecznością, w szczególności z młodzieżą. – Chodzimy do szkół czy bibliotek, aby opowiadać o naszej historii. Mamy pomnik Sybiraków, przy którym odbywają się uroczystości. W przyszłym roku w jego miejscu powstanie nowy – Pamięci Zesłańców Sybiru i Niepodległości – wyjaśnia Eugeniusz Jurczenko.

Najgorszy głód i mrozy

Każdy sybirak to oczywiście inna historia. – Urodziłam się w 1933 roku, ale w dowodzie mam 1935 rok, bo na Syberii coś pokręcili. Kolonia Dworzec, powiat podziśnieński, województwo wileńskie – to mój przedwojenny adres – opowiada Ludmiła Kamińska. – Moja mama zmarła, jak miałam dwa lata. W 1939 roku ojciec ożenił się powtórnie z naszą gospodynią. Z tego związku urodził się potem mój brat, którego tata już nie zobaczył. W styczniu 1941 roku Rosjanie aresztowali mojego tatę, bo nie chciał oddać naszej ziemi do kołchozu. Siedział w więzieniu w Berezweczu i tam prawdopodobnie zginął. Nas Rosjanie wywieźli w czerwcu 1941 roku do Barnauł w Ałtajskim Kraju. Mieliśmy być wysiedleni w tajgę, ale w naszym baraku zapanował tyfus. Przyjechali zrobić dezynfekcję i już nas stamtąd nie ruszali. I tak zostaliśmy tam pięć lat. Najstarsza siostra, która miała 16 lat, na Syberii bardzo ciężko pracowała, a my jako dzieci siedzieliśmy w tym obozie. Pani Ludmiła najbardziej zapamiętała straszny głód i mrozy. – Chciało się tylko chleba, a tego nie było. Polepszyło się dopiero, jak powstał Związek Patriotów Polskich w Związku Radzieckim. Dawali wtedy kartki na chleb. I szkołę otworzyli. Nauczyciele-zesłańcy uczyli nas czytać, pisać i liczyć. W szkole też było zimno. Pamiętam, że nawet atrament zamarzał. Siedzieliśmy skuleni, ale uczyliśmy się – wspomina pani Ludmiła. – Oczywiście w baraku była codziennie modlitwa. Księży nie było, ale starsi ludzie odmawiali Różaniec. My, jak to dzieci, nie za bardzo chcieliśmy, ale oczywiście w końcu razem ze wszystkimi modliliśmy się. Pamiętaliśmy o świętach, zawsze też były majowe i czerwcowe nabożeństwa. Pamiętam, jak raz na Wielkanoc zdobyliśmy kilka jajek i usmażyliśmy jajecznicę. Cieszyliśmy się niezmiernie, że możemy zjeść coś tak wykwintnego – śmieje się pani Ludmiła, która wraz z rodzeństwem wyjechała z ZSRR dopiero w 1946 roku.

Weźcie piły i siekiery

Edward Starzak urodził się we wsi Nachaczów, powiat jaworowski, województwo lwowskie. Gdy jechał na Syberię, miał 11 lat i pięć miesięcy. – Wszystko dokładnie pamiętam. Przyszli po nas 10 lutego 1940 roku. Wszyscy spali, a tu nagle łomot do drzwi i krzyki: „Otwierać!”. Ojciec wstał, otworzył i od razu weszło trzech sołdatów, którzy powiedzieli do niego: „Dawaj broń!”. Ojciec powiedział, że jest rolnikiem i nie ma żadnej broni. Nie uwierzyli mu i wszystko zaczęli wywracać. Oczywiście nic nie znaleźli. Potem powiedzieli: „Pakujcie się! Macie 20 minut! Tylko nie zapomnijcie wziąć ze sobą piły i siekiery”. Ojciec dobrze wiedział, gdzie jedziemy – wyjaśnia pan Edward. Do miejscowości Chańża jechali 28 dni. – Na miejscu tylko baraki dla skazańców. Weszliśmy do środka, a tam na hali duży żelazny piec, a po bokach –izby. W jednej umieszczali po dwie lub trzy rodziny. Wszystko zależało od wielkości rodzin. Nas z rodzicami było siedmioro, więc dołączyli bezdzietne małżeństwo – wyjaśnia sybirak. Od razu wszyscy dorośli i starsze dzieci zostali wysłani do pracy. – Utworzyli dziesięcioosobowe brygady, na czele których był Rosjanin organizujący robotę. Mężczyźni cięli potężne sosny, a kobiety brzozy. Podobnie jak moi rówieśnicy, tak i ja chodziłem do pracy. Naszym zadaniem było odgarnianie łopatami śniegu, aby można było dojść do ścinanych drzew. Wynagrodzeniem za pracę była kartka na chleb, jakaś zupa i różne produkty, np. kasza czy ziemniaki – wspomina ciężkie dzieciństwo. – Później Rosjanie wybudowali szkołę. Wszyscy mówili, że do ruskiej szkoły absolutnie nie pójdą. Moja mama mnie zapisała. Powiedziała do mnie: „Dziecko, to ci się przyda w życiu”. W Chańży byli rok, 5 miesięcy i 7 dni, dokładnie do 15 sierpnia 1941 roku. – Potem trafiliśmy do miejscowości Azieja, gdzie płynęła rzeka. W niej wyławiano pnie, któro były wycinane gdzieś w głębokiej tajdze i spławiane rzeką. W Azieji były cztery tartaki i w jednym z nich pracowałem – wspomina pan Edward, który z Syberii wyjechał dopiero 1 maja 1946 roku.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma