Tak na naszych łamach wspominał nieżyjący już legendarny kapelan gorzowskiej Solidarności ks. Witold Andrzejewski, który był wtedy wikariuszem katedry. Dla niego wszystko zaczęło się w nocy 12 grudnia. Około godziny 23.00 wrócił na plebanię z AWF-u, gdzie trwał studencki strajk okupacyjny. Chwilę później przyszła kobieta i powiedziała, że jej mąż został aresztowany. - Za chwilę znowu ktoś i znowu ktoś. Chciałem zadzwonić do Zarządu Regionu „Solidarności”, ale żaden telefon nie był czynny. W związku z tym, że było tyle tych aresztowań, powiedziałem do ks. Andrzeja Szkudlarka: „Chodź, jedziemy samochodem zobaczyć, co się dzieje”. Budynek Regionu był już jednak otoczony przez siły bezpieczeństwa - wspominał na łamach GN ks. Andrzejewski.
Ks. Witold wraz z ks. Andrzejem postanowili ostrzec jak największą liczbę ludzi z „Solidarności”.
- Czasem my zdążyliśmy, a czasem szybsza była ekipa bezpieki. Koło 4.00 przyjechaliśmy na plebanię ks. Jerzego Płóciennika. Tam postanowiliśmy razem z księdzem dziekanem wydać protest przeciwko zamykaniu ludzi - mówił wtedy.
Sprzeciw miał być odczytany z ambon w całym mieście. Nad ranem jednak, po informacji o wprowadzeniu stanu wojennego, został napisany nowy protest.
- To było jedyne miasto w Polsce, gdzie pierwszego dnia stanu wojennego ogłoszono sprzeciw duchowieństwa przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego - podkreślał ks. Witold.








