Nowy numer 43/2020 Archiwum

Moja Świca, moja rzeka

„Pani Stefanio, opowie mi Pani o rodzinnych stronach?” – pytam przez telefon. Z drugiej strony słyszę: „Z olbrzymią radością, bo tam zostało moje serce”.

Stefania Mazurczak wita mnie ze szczerym uśmiechem już na klatce schodowej swojego bloku. Siadamy przy stole i zaczynamy rozmawiać. – W czerwcu znów jadę do mojej ukochanej Ludwikówki. Już trzeci raz. Panie redaktorze, my dzisiaj nie zakończymy naszej pogawędki. Tego wszystkiego jest za dużo – uśmiecha się Stefania Mazurczak z Sulechowa, która chwilę później nalewa zaparzoną kawę do filiżanek, a zaraz potem dodaje: – Mam już 88 lat z nawiązką, bo jestem ze stycznia. Prawie co roku jestem na kresach. Tam przecież została cząstka mojego życia, bardzo ważna, moje dzieciństwo!

Świca rwie i szumi

„Na zlewie Świcy i Ilnicy przytuliła się pomiędzy górami osada Ludwiówka, przecięta drogą i torem kolejki, wykradającej puszczy najlepsze świerki” – tak o rodzinnej miejscowości sulechowianki pisze Ferdynand Antoni Ossendowski w książce zatytułowanej „Karpaty i Podkarpacie”, wydanej jeszcze w okresie międzywojennym. Ten sam autor tak napisał o rzece, które płynęła przy domu sulechowianki: „Świca rwie i szumi (…) Z wirów Świcy wyskakują drapieżne pstrągi, chwytają owady i walczą z prądem i szypotami dążąc ku źródliskom i wyciekom rzeki”. – Świca była dla nas, dzieci, areną zabaw i obserwacji: w czystej, niemal przeźroczystej wodzie podziwialiśmy harce niezliczonej ilości pstrągów. Łowiliśmy je też na różne sposoby, uprawialiśmy zawody, komu uda się przejść w najbardziej rwącym nurcie rzeki na drugi brzeg, zażywaliśmy kąpieli w lodowatej wodzie – opowiada pani Stefania i pokazuje na jedno ze zdjęć na ścianie, mówiąc: – O, to jest właśnie moja Świca, moja rzeka.

Rozwojowa wieś

Ludwikówka to mała miejscowość, a właściwie mała górska osada w Karpatach Wschodnich, na wschodnim uskoku Bieszczadów. Dziś należy do Ukrainy, a przed wojną było to pogranicze polsko-węgierskie w powiecie Dolina, województwo Stanisławów. – Mieszkańcami Ludwikówki byli osiedleńcy narodowości niemieckiej, prawdopodobnie przybyli jeszcze przed I wojną światową – wyjaśnia sulechowianka. – Głównym zajęciem osiedleńców była praca w lesie: wyręb, przygotowanie ściętych drzew do wywozu kolejką do tartaku w Wygodzie, praca w szkółkach leśnych, opieka nad zwierzyną, a tej było bardzo dużo, organizowanie całorocznych polowań… – dodaje. Spośród około 100 rodzin we wsi tylko około 10 było polskich. W Ludwikówce była m.in. placówka ochrona pogranicza, posterunek policji, urząd gminy. – Była też szkoła podstawowa z językiem polskim i dodatkowym niemieckim, kościół katolicki, a w ostatnich latach działał nawet związek strzelców, do którego należeli chłopcy pochodzenia niemieckiego, już trochę spolonizowani – opowiada pani Stefania i dodaje: – Życie mieszkańców było pracowite, nieraz trudne, ale ustabilizowane, spokojne, z optymistycznymi planami.

Kolejne rozdziały wciąż powstają

W Ludwikówce była też filia kolei, na której pracował ojciec pani Stefanii. Kolejka wąskotorowa spełniała ważne funkcje. – Oprócz wywozu do tartaku już okorowanych klocków świerków, sosen, jodeł, a nawet limb, umożliwiała mieszkańcom dojazd do Wygody, miasteczka, w którym robiło się zakupy (dwa sklepiki w Ludwikówce dysponowały tylko podstawowymi produktami). Z Wygody szosą i koleją można było dojechać do Doliny, a z Doliny już bez trudu dalej – wyjaśnia pani Stefania. Ale tu funkcja kolejki nie kończyła się. – W okresie letnim kursowała także w niedzielę i przywoziła na swoich wagonikach mnóstwo gości. Towarzyszyły im muzyka i śpiew. Na przygotowanym terenie goście się bawili. Były konkursy, loterie, spotkania towarzyskie, spacery. A wieczorem kolejka z gośćmi wracała do Wygody – opowiada. Niestety, beztroskie dzieciństwo przerwała wojna, ale to już zupełnie osobny rozdział. Osobnym rozdziałem jest też pomoc dla rodaków mieszkających na kresach, którą organizuje pani Stefania. – Tam jest bardzo dużo osób, które potrzebują naszej pomocy. W czerwcu jedziemy z kolejnymi darami. Każdy wciąż może pomóc! – zachęca pani Stefania. – Pierwszy raz pojechałam w tamte strony w 1993 r. pociągiem. I tam właśnie poznałam chrystusowca ks. Andrzeja Jagienkę, który zaczął odbudowywać polskie kościoły. Pierwszą była świątynia w Medynicach, w której byłam ochrzczona – kończy pierwszą część swojej opowieści.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama