Nowy numer 33/2019 Archiwum

Pod ochronnym parasolem Boga

– Rodzice przekazali mi wiarę, a także miłość do ziemi – mówi Stanisław Czahajda, krawiec z zawodu, rolnik z zamiłowania i kościelny z pasji.

Gdy przyjechał do Dłużka k. Lubska po II wojnie światowej miał tylko dwa lata. Ze swoich rodzinnych stron nic nie pamięta, ale sporo wie dzięki rodzicom. – Na początku jeszcze schodzili się sąsiedzi ze Stryjówki, którzy tu się osiedlili i z rodzicami wspólnie wspominali. Mówili, że było to wyjątkowe miejsce, że chcieliby, aby te czasy ze Stryjówki wróciły. Jako mały chłopak słuchałem tych opowieści – mówi pan Stanisław.

Dziecko wdowiego małżeństwa

Stryjówka była oddalona 7 km od Zbaraża. – Na ówczesne czasy była dużą wsią, miała ok. 500 numerów. Połowa mieszkańców to Polacy, a druga to Ukraińcy. Ludzie przed wojną żyli w zgodzie. Nie było zazdrości i nienawiści, sporo było małżeństw mieszanych – wyjaśnia mieszkaniec Dłużka. – W Stryjówce był kościół, więc ludzie z okolicznych wsi zjeżdżali się do nas w niedzielę na Mszę św. Naszym proboszczem był ks. Chryzostom Szczerbiński. Rodzice pana Stanisława żyli z uprawy roli. – Jestem dzieckiem wdowiego małżeństwa. Tato Józef był wdowcem i mama Aniela także. Tato od mamy był o 14 lat starszy, ale kochali się i dobrze rozumieli. Z tego małżeństwa było nas dwoje, ale siostra zmarła wcześnie na zapalenie płuc. Natomiast z poprzedniego małżeństwa tato miał dwóch synów. Było nas trzech braci i wszyscyśmy tutaj przyjechali po wojnie – opowiada pan Czahajda.

Parasol od Pana Boga

Wojna dość łagodnie potraktowała mieszkańców Stryjówki. – Byliśmy pod jakimś parasolem ochronnym Pana Boga. Przede wszystkim w naszej wsi nie było żadnego bombardowania. Największym problemem było to, że zarówno Rosjanie i Niemcy zabierali młodych mężczyzn, chyba, że komuś udało się uciec … Ale ani jedni, ani drudzy nie ograbiali nas z żywności. Niemcy jak szli na wschód, to tylko gdzieniegdzie prosili o jedzenie. A w drodze powrotnej, to w ogóle nie zatrzymali się w naszej wsi – opowiada pan Stanisław. – Tylko Rosjanie kwaterowali u nas przygotowując się do odbicia Tarnopola, do którego było 21 km. Nawet zrobili sztab w naszym domu. Nasz dach był pokryty blachą, a nie strzechą, a oni bali się pożaru od jakiejś kuli zapalającej – opowiada pan Stanisław. – Mama mówiła dobrze o żołnierzach rosyjskich, a szczególnie oficerach. Jak widzieli, że w jakiejś chacie był głód, to dzielili się z ludźmi jedzeniem. Dlatego nie można wszystkich Rosjan jedną miara mierzyć – dodaje. Więcej obaw u miejscowej ludności wywoływali banderowcy. – Nie było tu rzezi, jak w innych wioskach, ale niestety nie obeszło się bez ofiar. Jednej nocy była akcja i zabito sześć osób. Nawet na księdza Szczerbińskiego było polowanie. Uciekł na poddasze, tam wyrwał kawałek strzechy i wydostał się na zewnątrz. Objął komin i tak do rana przesiedział. Wszędzie go szukali, ale na szczęście nie znaleźli – opowiada pan Stanisław.

Brakowało tego czarnoziemu

Do Lubska rodzina pana Stanisława przyjechała 13 marca 1946 roku. – Tato wrócił z wojny do domu na krótko przed wyjazdem. Przymusu wyjechać nie było, ale już robiła się nieciekawa atmosfera. Niektórzy sąsiedzi wrogo nastawieni do Polaków mówili: „Już czas Polacy na was!” – wyjaśnia mieszkaniec Dłużka. – Oczywiście wszyscy jechali z przekonaniem, że to na kilka miesięcy i wkrótce będą mogli wrócić do Stryjówki. Niektórzy jeszcze po 15 latach mieli nadzieję, że wrócą. Nie przesadzam! I trudno im się dziwić. Zostawili przecież tam swoją ojcowiznę. A tutaj może piękne zabudowania były, ale brakowało tego czarnoziemu. Tu piasek i kamienie, a tam jak człowiek chciał przymocować sznurek od krowy, to miał problem ze znalezieniem kamienia – dodaje ze śmiechem.

Kościelny od 48 lat

Mieszkaniec Dłużka mówi, że od rodziców otrzymał przede wszystkim dwie rzeczy. – Przekazali mi miłość do ziemi! Jestem krawcem i nawet przez 19 lat pracowałem w swoim zawodzie, ale jak już tato opadł z sił, to zostawiłem krawiectwo, bo do tej roli mnie ciągnęło. Teraz pomagam synowi, który prowadzi gospodarstwo – wyjaśnia pan Stanisław. – Rodzice przede wszystkim jednak przekazali mi wiarę w Boga. Tato jeszcze na kresach był tzw. starszym bratem. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że należał do rady parafialnej. A jak przyjechaliśmy tutaj, to został kościelnym. Po tacie ja przejąłem tę pałeczkę. Staram się służyć Panu Bogu, jak najlepiej potrafię już 48 lat.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL