Nowy numer 42/2019 Archiwum

Praca, by się zmartwychwstało

Aktor, reżyser, profesor sztuki teatru, twórca inscenizacji oper barokowych, klasycznych i XIX-wiecznych oraz polskich prawykonań oper XX wieku. Można by tak wymieniać bez końca, ale, jak sam przyznaje, najważniejsza dla niego jest służba.

Jako jedyny na świecie zrealizował wszystkie dzieła sceniczne Mozarta, a także wszystkie dzieła sceniczne Monteverdiego. Dziś jest dyrektorem Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie, ale ma też liczne związki z Zieloną Górą, o której zwykł mawiać Monte Verde.

To właśnie tutaj się urodził i spędził lata dziecięce oraz młodzieńcze. Honorowy obywatel Winnego Grodu chętnie tu powraca. Rok temu w konkatedrze zaprezentował inscenizację „Dziady-Widma”, a teraz „Pieśń o Bogu ukrytym” w zielonogórskim amfiteatrze.

Kościół, Cyrk Cudaki i cerkiew

Z Winnego Grodu Ryszard Peryt pamięta przede wszystkim kościół, podwórko i cerkiew. – Kościół, bo byłem ministrantem, a jako ministrant byłem zawsze pilnowany przez moją mamusię. Wołała: „Rysiu na majowe!” albo „Dzieci, czerwcowe!”. Mój starszy brat Wiktor, już świętej pamięci, też był ministrantem. Jako dzieci inteligentne, krnąbrne i posłuszne jednocześnie na ogół służyliśmy przy ogniu. Chodziliśmy z trybularzem do ołtarza, ale przedtem był element rozrywkowy związany z rozpalaniem ognia – uśmiecha się pan Ryszard. – Pamiętam do dziś całą liturgię po łacinie: „Confiteor”, „Pater noster” i wszystkie odpowiedzi mszalne brzmią mi wciąż w uszach. Dla mnie, młodego chłopaka, to był jakiś teatr oraz splendor działań, które nie są zwyczajne, bo przedstawiają rzeczywistość niewidzialną, ale jednak dotykalną zmysłowo. To wszystko działo się w kościele św. Jadwigi, gdzie był mój chrzest, Pierwsza Komunia Święta i bierzmowanie – opowiada. Drugi świat to podwórko przy ul. Drzewnej i rozbijany tam stary namiot. – Mieliśmy też wózek na czterech kółkach z bocznymi burtami, którym jeździło się po okolicznych podwórkach. Nazywaliśmy to „Cyrk Cudaki”. Oczywiście ja byłem dyrektorem – uśmiecha się pan Ryszard, który miał wówczas 11 lat i nawet wtedy nie pomyślał, że po latach będzie dyrektorem i to nie cyrku, ale opery. – W naszym cyrku realizował się cały żywioł wynalazczości młodych chłopaków i dziewczyn. Niestety, dzisiejsze dzieci są tego pozbawione, bo nie ma ani podwórek, ani chęci, żeby być bardziej wynalazczym niż internet i jemu pochodne. Nie mam nic przeciwko internetowi, ale tłumaczę, czym różniła się wyobraźnia małych dzieci – mówi. I wreszcie trzecia rzeczywistość: cerkiew. Dziadkowie od strony mamy pochodzili z Baranowicz. – Teraz to Białoruś, ale przed wojną była tam Polska. Mieszkańcy mówili po polsku i białorusku. I były podwójne święta w domu. Dziadek był kimś w rodzaju kościelnego w cerkwi. Podobno byłem jego ukochanym wnuczkiem, wołał na mnie „Rysik”. Chodziłem więc z dziadkiem za rączkę do cerkwi i pomagałam mu wszystko przygotowywać. I cały bizantyjsko-orientalny splendor liturgii prawosławnej z charakterystycznymi śpiewami do dzisiaj wibruje mi w uszach i oczach – wspomina pan Ryszard. – To były te trzy żywioły, jeden świecki i dwa religijno-eklezjalne. Myślę, że to mnie wychowało, w sensie greckiego paidagogos, ukształtowało. I w sensie tęsknoty i tego, co mi smakuje jako żywioł życia. Całe życie jest nakierowane na coś, czego nie znamy, na coś, co przeczuwamy lub tylko spodziewamy się. Jest oczekiwaniem na wieczność. Doczesność jest tylko zapowiedzią czegoś, co jest za bramą śmierci. Śmierć nie jest końcem, ale przejściem. I na niej wszystko się nie kończy, ale paradoksalnie – zaczyna – dodaje.

Wojtyła, paraliż i woda z Lourdes

Ważną osobą w życiu Ryszarda Peryta był i wciąż jest Jan Paweł II. Pierwszy raz miał okazję spotkać się z Karolem Wojtyłą, kiedy ten był jeszcze biskupem krakowskim. – Założyliśmy teatr po szkole aktorskiej: z Małgosią Dziewulską, śp. Piotrusiem Cieślakiem i Ewą Benesz. Po rozmowach ze śp. ks. Józefem Tischnerem pojechaliśmy do Karola Wojtyły do pałacu biskupiego, żeby tam zrobić seminarium poświęcone Norwidowi. Zostaliśmy zaproszeni na kolację na ul. Franciszkańską 3. W którymś momencie wszedł Karol Wojtyła – w czarnej sutannie z wyświeconym na wysokości brzucha i na łokciach śladem od biurka. Człowiek, z którym natychmiast wchodziło się w takie relacje, jakby był dawnym i starym znajomym. To spotkanie z Karolem Wojtyłą było dla mnie ważne, to jego głosem usłyszałem, że Jezus Chrystus ma być pochwalony – wspomina pan Ryszard. – Więź, która miała kilkanaście rzeczywistych spotkań, trwa do dzisiaj. Dowodem jest chociażby to, że przyjechaliśmy do Zielonej Góry z „Pieśnią o Bogu ukrytym”, czyli pierwszym poematem napisanym przez Karola Wojtyłę po wstąpieniu do seminarium duchownego. Gdzie ukrywa się ten Bóg? To treść tego poematu. Właściwie nasze oczy są przyćmione doczesnością i wydaje się nam, że jest ukryty, a On jest obecny wszędzie. Tylko nasze oczy są nieco chore, że nie widzą tego, co jest bardziej realne niż ten stół, którego dotykam – dodaje. Takiego dotknięcia Boga Ryszard Peryt doświadczył przed laty, gdy został częściowo sparaliżowany. – Leżałem jak kłoda w szpitalu na Sobieskiego w Warszawie. Mama potem mi opowiadała, że ordynator jej powiedział, że syn nie wróci do zawodu, a jeśli przeżyje, to będzie cud. Przychodzili moi koledzy żegnać się ze mną. I przyszedł też o. Jacek Salij, z którym przyjaźnię się do dzisiaj. Postawił obok mnie flakonik z wodą z Lourdes i powiedział: „Wierzysz, nie wierzysz, ja to zostawię”. W nocy, gdy wszystkie światła pogasły, tylko jakaś jarzeniówka mrugała na szpitalnym korytarzu, a razem z nią ta buteleczka z wodą do mnie mrugała. W pewnym momencie zmobilizowałem się i wsiadłem na wózek. Prawa część była sparaliżowana, ale za pomocą lewej ręki jakoś wgramoliłem się na wózek. Wziąłem buteleczkę do kieszeni i pojechałem do toalety. Tam po swojemu pomodliłem się i posmarowałem tą wodą. Po trzech dniach zacząłem chodzić o lasce, a po siedmiu dniach wyszedłem ze szpitala. Wszystko zawdzięczam Panu Bogu i wszystko Bogu oddaję – przyznaje Ryszard Peryt.

Ora et opera

Swoją twórczość Ryszard Peryt traktuje jako służbę. – Opera po łacinie znaczy dzieło, ale także służba. Pomyślałem, że służenie poprzez dzieło to właśnie robienie opery. A właściwie powinienem powiedzieć „operowanie partytury”. Zacząłem o tym myśleć wiele lat temu, kiedy zacząłem ją czytać. Zdumiało mnie, że partytura to po pierwsze nuty linii melodycznych poszczególnych głosów i instrumentów, które idą horyzontalnie od lewej do prawej. Ale też linia harmonii akordu, która idzie od najwyższych dźwięków do najniższych wertykalnie. I one razem tworzą krzyż. Najgłębszą strukturą partytury, czyli zapisu muzyki, jest krzyż. To jest oczywiście bardzo radykalne sformułowanie i może niektórych muzykologów mierzić, ale dla mnie jest zbawienne i odkrywcze – tłumaczy Ryszard Peryt. Ale od razu dodaje, że nie jest Kolumbem i te jego odkrycia są już dawno zapisane. – Ja tylko samowładnie odczytałem to, co dla mistyków i doktorów Kościoła było dość oczywiste, że muzyka jest echem głosu Boga. Tu podstawowym pojęciem jest służba. Jeśli służysz partyturze, czyli zapisowi w tej księdze muzyki, to odczytywanie partytury ex definitione zmusza do służby. To, co robię, to jest próba znalezienia ciała dla tej rzeczywistości duchowej, która jest zapisana w postaci partytury, czyli muzyki… Ostatnio w szpitalu pod kroplówką przyszło mi do głowy, że właściwie można by na mój użytek, czy użytek ludzi opery, podstawowe sformułowanie reguły bednetyktyńskiej „Ora et labora” skoncentrować do węższego terytorium „Ora et opera”: módl się i twórz. Na koniec posłużę się moim ukochanym cytatem z mojego ukochanego nieżyjącego już przyjaciela Cypriana Kamila Norwida. „Bo nie jest światło, by pod korcem stało, Ani sól ziemi do przypraw kuchennych, Bo piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy – praca, by się zmartwychwstało” – recytuje z pamięci Ryszard Peryt. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL