Nowy numer 41/2019 Archiwum

Grunt to rodzina

Pobrali się 70 lat temu. Zapytani o receptę na małżeńską długowieczność, odpowiadają: – Trzeba mieć dobre sumienie, jeden drugiego szanować i oczywiście musi być miłość. To wystarczy!

Na początku października państwo Stanisława i Bronisław Walczakowie z Lasek k. Czerwieńska świętowali swoje kamienne gody. Była Msza św. w gronie rodziny, a potem oczywiście uroczysty obiad i zabawa. A rodzina to niemała! Małżonkowie jubilaci doczekali się siedmiorga dzieci, 22 wnuków i 15 prawnuków. – Rodzina jest najważniejsza – podkreślają.

Spalone ciała rozpoznawali po ubraniach

Pani Stanisława przyszła na świat w 1932 roku. Pochodzi z Wołynia, a konkretnie ze wsi Jachmiówka w gminie Kisielin. – To była rozciągnięta wioska, można powiedzieć, że taka kolonia. Każdy miał pole koło domu – opowiada pani Stanisława. – Ale ziemię mieliśmy też obok, w Rudni, skąd pochodziła moja mama. Razem to było chyba osiem hektarów. Fabryk tam nie było, a do miasta daleko i każdy z ziemi żył, a ziemia była dobra – dodaje. Trudne, ale szczęśliwe życie przerwała wojna. Największa tragedia przyszła w 1943 roku. Dookoła grasowały bandy UPA i kiedy zaczął się najbardziej gorący okres, uciekli do Rudni. – Myśleliśmy, że w większej wsi będzie bezpieczniej i ktoś nas obroni. W domu w Jachimówce został tylko tata, który nie chciał zostawić dobytku. W dzień tragedii mama kazała nam zanieść tacie jedzenie i tak zrobiliśmy – wyjaśnia pani Stanisława, a jej córka Małgorzata dopowiada: – W tym czasie przyszła cała banda ukraińska, która okrążyła wioskę i spaliła. Zginęła moja babcia Michalina Dobrowolska. Z naszej rodziny zamordowano lącznie 28 osób. Na drugi dzień rodzeństwo wśród dopalających się ciał rozpoznawało swoich bliskich po ubraniach. Mama opowiada nam o tym praktycznie codziennie, bo ta trauma siedzi w niej do tej pory, i wcale się jej nie dziwię.

Ukrywali w domu Żydów

Pan Bronisław również pochodzi z tamtych stron, z niedalekiego Włodzimierza. – W zasadzie to była jakby mała kolonia. Nie należeliśmy do miasta, ale do sołtysa – wyjaśnia pan Bronisław, który przyszedł na świat w 1928 roku. Jego rodziny wojna też nie oszczędzała. – Niemcy zabili mojego najstarszego brata. Spalili także nasze mieszkanie, a później dwie siostry i brata zabrali na roboty do Niemiec. Ja zostałem, a gdy miałem 14 lat, mama poszła do księdza i odpisała mi rok, żeby mnie też nie wzięli na roboty. Ale na miejscu brali np. do kopania okopów – wyjaśnia mieszkaniec Lasek. – Skumplowałem się z jednym chłopakiem i razem chodziliśmy kupować od Madziarów granaty i amunicję dla partyzantów za pieniądze, które od nich dostaliśmy. Nawet czasem udało się zabrać karabin Niemcom. A później nosiliśmy to do lasu. A innym razem tata powiedział, żeby zawieźć Żydów do partyzantów, aby tam się ukryli, i zawiozłem – dodaje. Pan Bronisław odwagę i miłości bliźniego czerpał z domu. – W czasie wojny rodzice przygarnęli Żydówkę z małą córeczką, na którą wołaliśmy Sura. Miała 4–5 lat. Ojciec zrobił imlokum na strychu. Ale raz nie zamknęła wejścia na strych i mój kolega ją przyuważył, i żeby nie ryzykować, zaprowadził je w inne miejsce. I jak wszystko ucichło, to wróciły do nas z powrotem, ale po jakimś czasie przyszedł Żyd, którą je zabrał, i poszli się schronić do partyzantki – opowiada.

W obronie krzyża

Państwo Walczakowie pobrali się w1948 roku w Bortatyczach k. Zamościa, gdzie najpierw się osiedlili. – Brat mamy był najlepszym kolegą taty i jak tata chodził do niego, to tam zauważył taką Stasieńkę, która mu się spodobała. Pomagał jej dużo, piosenki jej śpiewał i tym właśnie ją ujął – uśmiecha się córka Małgorzata. Do Lasek k. Czerwieńska przyjechali w 1954 roku. Ale tu też nie mieli łatwego życia. Dokładnie 60 lat temu grupa mieszkańców Lasek sprzeciwiła się zdjęciu krzyży w miejscowej szkole i została za to surowo ukarana przez ówczesne władze. Oskarżeni otrzymali różne wyroki, od kar grzywny w wysokości 500 zł do trzech lat więzienia w zawieszeniu na dwa lata. W grupie 11 oskarżonych osób była Stanisława Walczak, która jest dziś jedynym żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń. – Bardzo to przeżyłam. Ale nie bałam się. Oni zdjęli krzyże w szkole, a ja byłam wysoka i je zawiesiłam – przypomina pani Stanisława. – W sądzie przyznałam się, że ja zawiesiłam krzyż, bo jestem wierząca i chcę, aby moje dzieci miały religię. Gdyby dzisiaj trzeba było stanąć w obronie krzyża, zrobiłabym to jeszcze raz – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL