Nowy numer 43/2020 Archiwum

Boże Narodzenie w celi

Swoją walkę o wolność przypłacił zdrowiem. Podczas internowania zachorował na raka, ale w więzieniu nie otrzymał pomocy i po wyjściu na wolność jego nogi już nie dało się uratować.

Opozycyjna historia Andrzeja Perlaka zaczęła się w drugiej połowie lat 70. ubiegłego wieku. W 1977 roku po studiach rozpoczął pracę w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu.

– Poszedłem razem z kolegami na Mszę św. w intencji zamordowanego Stanisława Pyjasa. Wtedy rozpoczęły się moje sporadyczne kontakty z tamtejszym studenckim komitetem Solidarności – zaczyna swoją opowieść Andrzej Perlak z Bytomia Odrzańskiego. – Kontakty te pomogły mi m.in. w czasie, kiedy powstawała Solidarność w Nowej Soli, a także działalności w Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim „S” w Zielonej Górze i w Zarządzie Regionu – dodaje.

Głuche telefony i wołga

Stan wojenny, jak podkreśla pan Andrzej, nie był dla działaczy całkowitym zaskoczeniem. – Takie sygnały, że coś władza szykuje, mieliśmy od jakiegoś czasu, ale nie wiedzieliśmy, gdzie, kiedy i w jaki sposób – wyjaśnia. Tuż przed aresztowaniem wracał z Warszawy, skąd odebrał 300 kg broszur. – Około 23.00 pociąg dojechał do Zielonej Góry. Od razu poszedłem do siedziby zarządu regionu, która znajdowała się naprzeciw kościoła pw. Najświętszego Zbawiciela przy al. Niepodległości. Ale tam powiedziano mi, że milicja kręci się nyskami i wysiadła łączność telefoniczna. Myślałem, że odcięli tylko zarząd regionu, i poszliśmy zadzwonić do Gdańska z budki telefonicznej na pobliskiej poczcie głównej, ale tam także telefon był głuchy – opowiada pan Andrzej. – Gdy wróciliśmy, zarząd regionu był już otoczony przez milicję. Przeszedłem przez szpaler i zrobiłem awanturę, bo zauważyłem, że weszli, wybijając szybki w drzwiach wejściowych, a w środku wszystko walało się po podłodze. W końcu jeden z milicjantów zapytał mnie, jak się nazywam. Kiedy podałem nazwisko, to załadowali mnie do wołgi i dwóch „smutasów” usiadło po obu moich stronach. Zawieźli mnie na komendę wojewódzką na ul. Partyzantów. Tam mnie posadzili w pojedynczej celi, gdzie siedziałem do rana, cały czas słysząc na korytarzu jakieś płacze – dodaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama