Nowy numer 33/2020 Archiwum

Modlitwa i praca człowieka ubogaca

Urodziła się w tym samym roku, co Karol Wojtyła. Podobnie jak on nie miała lekkiego życia i jak on w swoim życiu postawiła na Boga, któremu jest wierna do dziś.

Pani Aniela Stojanowska z Białcza k. Witnicy obchodziła niedawno swoje 100. urodziny. Przyszła na świat 16 czerwca 1920 roku w Kozakach, wsi pod Złoczowem, oddalonej jakieś 70 km od Lwowa.

Kresowe życie i śmierć

Życie na Kresach, jak podkreśla stulatka, było bardzo biedne. – Rodzice przede wszystkim żyli z ziemi, choć tato pracował jeszcze w kopalni kamienia, który woził do Złoczowa. Tam na rynek jeździła także mama, aby sprzedać masło, nabiał czy jajka – wspomina pani Aniela. – Na święta biło się świnie. Jedną na cztery rodziny – każda dostawała po ćwiartce. Na co dzień najczęściej były chleb i kawa zbożowa z mlekiem, nabiał, zupa i ziemniaki – dodaje.

W domu Katarzyny i Jana była trójka dzieci: ona, siostra Maria i brat Józef. – Mój brat zginął w 1945 roku na Trzech Króli. Chłopaki się zebrali i poszli na łączkę przed lasem, gdzie stał duży zepsuty czołg. Odbezpieczyli granat, który gdzieś znaleźli, i chcieli dla draki rzucić za ten czołg. Ale w tym samym momencie szła tamtędy na nieszpory kobieta z drugiej wioski. Józek zobaczył ją w ostatniej chwili, gdy trzymał już odbezpieczony granat. Nie rzucił go, aby nie zabić tej kobiety. Miał tylko 14 lat – mówi ze smutkiem pani Aniela.

Buciki przed kościołem

W Kozakach były kościół, plebania i świetlica. Posługiwał tam ks. Michał Krall. – To był dobry ksiądz, który bardzo troszczył się o ludzi, a ludzie go bardzo szanowali – podkreśla mieszkanka Białcza. – Nie tylko zajmował się duszpasterstwem, ale dbał o rozwój życia społecznego i patriotycznego. Na przykład w świetlicy przygotowywał jasełka, w których brały udział nie tylko dzieci, ale także dorośli. Potem kolędnicy chodzili po wiosce od domu do domu i zbierali datki na Kościół. Na ten cel organizował także festyny – dodaje.

O wielkim szacunku do ks. Kralla pisze ks. Robert Kufel, historyk i dyrektor Archiwum Diecezjalnego w Zielonej Górze. W jego artykule poświęconym postaci proboszcza parafii Kozaki-Zazule czytamy m.in., że wierni po Mszy św. nie wychodzili z kościoła, dopóki proboszcz „nie wyszedł z zakrystii i w towarzystwie miejscowego dziedzica przeszedł środkiem świątyni”.

Każda niedziela dla mieszkańców wioski to było prawdziwe święto. – Do kościoła nie było daleko, około kilometra. Szłam ubrana w skromną sukieneczkę, a buciki trzymałam w ręce. Ubierałam je dopiero przed wejściem do kościoła. A w kościele co tydzień ławki wypełnione po brzegi – wspomina pani Aniela.

W pamięć dobrze zapadły także siostry zakonne Elojza, Dorota, Maria. Prowadziły tamtejszą czteroklasową szkołę. – Tam miałam też lekcje religii, które prowadził ksiądz, a czasem zastępowała go siostra – wspomina stulatka. – Oczywiście pierwsza lekcja religii była w domu. Babcia i mama uczyły nas wszystkich modlitw – dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama