Nowy numer 3/2021 Archiwum

To co robimy?

Za wszelką cenę chciałam ją uratować. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła zostawić to dziecko – mówi pani Teresa. Swoją córkę Paulinę chroniła od początku

Teresa Wolańska-Baniak z Zielonej Góry opowiada: – Mieszkaliśmy wtedy w tym domku naprzeciwko. Pewnego dnia zaczął boleć mnie bok. Bliźnięta miały już prawie 6 lat. Poszłam do lekarza. Zrobili porządne USG i powiedzieli, że na macicy jest guz. „Pani Tereso”, mówi do mnie lekarka, „pani jest w ciąży… To co robimy?” „No nic, pójdę na konsultacje do szpitala”.

Tam powiedzieli mi, że guz jeszcze mały, że ciąża jeszcze wczesna, że poczekamy. Wróciłam po Nowym Roku, to był rok 1994. Miałam wtedy 40 lat. Lekarz powiedział, że zrobimy badania i zobaczymy, jak wyrósł ten mięśniak. A w końcu zapytał: „Boi się pani?”. „Bardzo!”, odpowiedziałam, „bo to niezgodne z wiarą, bo mama mi powie, że ja nie chciałam dziecka”! I zaczęłam płakać, żeby mi nic nie robili, że poczekam do porodu. Po prostu.

Nie bierz tego dziecka!

– To było 11 maja. Rano odeszły mi wody. Szybko pojechałam do szpitala. Starsza córka została z bliźniakami. Tam na drugi dzień przyszykowali wszystko do cesarki. Urodziło się dziecko, zaczęło płakać, powiedziano mi, że to córka. Ucieszyłam się. Ale operacja trwała kilka godzin, zanim wycięli guza. W tym czasie może było to niedotlenienie… Nie osądzam, bo lekarze bardzo mi pomagali. Do dziś dzwoni do mnie doktor z polikliniki i jak nie mam leków, to przywozi sam albo jego żona.

Po cesarce powiedzieli mi, że z dzieckiem nie bardzo, że nie wiadomo, ile będzie żyło. W tym czasie przyszedł do szpitala mąż. Rozmawiał z pielęgniarkami i nie konsultując się ze mną, powiedział im, że nie będziemy tego dziecka brać. Słyszałam tylko jego głos. Jeszcze dzisiaj to przeżywam. Bóg mi świadkiem! Wypisałam się ze szpitala na własną prośbę i załatwiłam, że dziecko zabrano na inny oddział. Tam pilnował go lekarz. Na drugi dzień mąż wyjeżdżał na delegację. „Czasem, k…, nie bierz tego dziecka!”, krzyknął. Nic się nie odezwałam, tylko w duchu się modliłam: „Boże, daj mi siły! Daj mi siły! Boże, gdzie jesteś?! Bądź koło mnie, tutaj…”. Zaraz też wybrałam się do szpitala. Córka mi powiedziała: „Mamo, nie pojedziesz sama”. Lekarz czekał już na nas. Zabrałam dziecko i następny kierunek to była Nowa Sól, bo to schorzenie neurologiczne. Tam lekarze bardzo mi pomogli. Podali córce nowe leki. W Zielonej Górze powiedzieli, że Paulina będzie żyła 5, góra 8 lat. A ile już ma? 26! Takim to cudem uratowała sobie mama takiego aniołka – mówi pani Teresa, uśmiechając się do córki.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama