Nowy numer 48/2022 Archiwum

Czułem się jak mrówka

Czy jeszcze pomagamy naszym wschodnim sąsiadom, u których toczy się wojna? Tak! Robią to nie tylko takie organizacje jak Caritas. Wciąż nie brakuje spontanicznych gestów.

Ksiądz Mirosław Żadziłko, wikariusz parafii pw. św. Alberta Chmielowskiego w Zielonej Górze, część urlopu przeznaczył na wyjazd na Ukrainę.

– Chciałem zobaczyć, co rzeczywiście tam się dzieje i w jaki sposób mogę pomóc, dlatego skontaktowałem się z o. Markiem, karmelitą z Kijowa. On z kolei odesłał mnie do Fundacji Pro Spe założonej przez ks. Macieja Gierula w Rzeszowie. Gdy udało się zebrać dary wśród przyjaciół, pojechałem na Ukrainę – opowiada kapłan. – Było to duże wyzwanie. Jechałem sam, bo drugi kierowca zachorował. Prowadzony przez Bożą Opatrzność i GPS trafiłem w strefę konfliktu zbrojnego! Muszę przyznać, że przez głowę przelatywały mi różne myśli, gdy mijałem zburzone domy czy wraki samochodów, a wokoło nie było żywej duszy – dodaje.

Bez środków

Wielu z nas w pewien sposób już przywykło do tej wojny, ale kto tam był choć na chwilę, już nie przejdzie nad tym do porządku dziennego. – Obrazy, które zobaczyłem, nie były więc jakimś zaskoczeniem, ale pozostają w pamięci i dają dużo do myślenia, chociażby o tym, jak ludzkie życie jest kruche a wojna okrutna – podkreśla ks. Mirek. – Zburzone, podziurawione od kul domy, zniszczone ulice... Powracają pytania ojca Benedykta z Kijowa: „Do czego mają wracać ci ludzie?” Nie wiem, jak to jest, wracać do niczego, podnosić się ze zgliszczy. Domy da się odbudować, ale odrodzić relacje, rodziny, sąsiedztwo to ciężka praca i tu jest potrzebna prawdziwa pomoc humanitarna. Tego nikt nie zrobi za Ukraińców, ale my możemy dać im wsparcie i poczucie, że ktoś stoi przy nich i chce im pomóc, by mogli stanąć na nogi i zacząć od nowa – dodaje.

Wspomniany ojciec Benedykt już 31 lat pracuje w Kijowie. Po wybuchu wojny razem ze współbraćmi stworzyli grupę wolontariuszy rozwożących dary. – Błyskawicznie rozpakowują transporty, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będzie kolejnego alarmu przeciwlotniczego, czy drogi będą przejezdne następnego dnia, czy uda się dostarczyć żywność i leki albo gdzie przesunie się front – opowiada ks. Mirek. – Rozmawiałem z młodym wolontariuszem, który chciał mi pokazać swoją zburzoną wioskę. Mówił z nutą podziwu o Polakach, którzy dali schronienie uchodźcom. On pozostał na Ukrainie z żoną i trójką dzieci, z których najmłodsze niedawno się urodziło. Do tej pory nie przypuszczał, że kiedyś będzie musiał korzystać z pomocy humanitarnej, żeby zapewnić dziecku pampersy czy mleko – dodaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy