Nowy numer 5/2023 Archiwum

Czułem się jak mrówka

Czy jeszcze pomagamy naszym wschodnim sąsiadom, u których toczy się wojna? Tak! Robią to nie tylko takie organizacje jak Caritas. Wciąż nie brakuje spontanicznych gestów.

Krople tworzą morze

Gdy powstawał ten artykuł, na granicy czekał kolejny ładunek. Tym razem ks. Mirek z powodu obowiązków duszpasterskich nie mógł już pojechać. – Po tym, co zobaczyłem w Buczy czy Irpieniu nabrałem przekonania, że bardzo potrzebują pomocy ci, którzy zostali z niczym na własnej ziemi, bez domu. Po powrocie spontanicznie zdecydowałem się na zorganizowanie zbiórki darów w naszej parafii. Święty Albert jest przecież przykładem człowieka, który miał otwarte oczy na potrzeby innych nawet, gdy sam miał niewiele – zauważa kapłan. – Zaczęło się od pojedynczych osób, które zostawiały paczki z żywnością w busie na parafialnym parkingu. Dodatkowo nasz proboszcz przeznaczył 2,5 tys. złotych na zakup żywności, a właściciel hurtowni spożywczej z terenu parafii dorzucił jeszcze coś od siebie i zorganizował transport na granicę z Ukrainą – dodaje.

Pomoc dociera do konkretnych osób dzięki ojcom karmelitom. – Znają tych, którzy zdecydowali się pozostać, choć jest trudno o jedzenie, leki czy dach nad głową. Mamy jeszcze lato, ale ojcowie już myślą, jak pomóc przetrwać tam jesień i zimę. Organizują też lekarstwa, bo dostęp do leków jest praktycznie niemożliwy. A przecież wojna nie leczy z nadciśnienia czy chorób serca. Gdyby ktoś chciał zorganizować taką pomoc, chętnie dam wszystkie namiary – podkreśla.

Kapłan jest przekonany, że ta pomoc ma sens. – Czułem się jak mrówka. Kiedy wjeżdżałem pięciotonowym busem z produktami żywnościowymi i medycznymi, wiedziałem, że to kropla w morzu potrzeb, ale to właśnie krople tworzą morze – mówi ks. Żadziłko.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy