• facebook
  • rss
  • Duchowy wymiar rosołu

    dodane 22.11.2012 00:15

    Z s. Barbarą Czerwik ze Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, która posługuje w Wyższym Seminarium Duchownym, rozmawia .

    S. Barbara Czerwik: – Pracę w seminarium podjęłyśmy na prośbę ówczesnego ordynariusza bp. Józefa Michalika. Do Paradyża przyjechały cztery siostry: s. Ancilla Szulc, s. Alojza Czysz, s. Maria Migdał, s. Teresa Śliwa. W sumie przez 25 lat pracowało tu 18 sióstr. Podejmowałyśmy posługę w kuchni, bibliotece, biurze i na furcie. Obecnie ja pracuję w kuchni, a s. Jadwiga Milkowska w bibliotece.

    Jaka była droga powołania Siostry?

    – Pochodzę z Sędziszowa Kieleckiego. Zawsze podobało mi się życie zakonne. U nas w parafii pracowały siostry urszulanki, które katechizowały. Moje powołanie jednak zrodziło się dopiero w szkole średniej. Przyszedł taki moment, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić, czy wybrać małżeństwo, czy życie konsekrowane. Ksiądz z parafii pomógł mi rozeznać powołanie. Chodziłam z tą myślą i modliłam się przez rok i w końcu stwierdziłam, że to moja droga życiowa. Jak ukończyłam technikum gastronomiczne w Łodzi, to poszłam do zakonu. Dla wszystkich moich znajomych i rodziny to było zaskoczenie, bo byłam trochę rozrabiaką, ale stwierdziłam, że z pomocą Pana Boga można wszystko zrobić.

    A dlaczego właśnie urszulanki?

    – Myślałam kiedyś o zakonie klauzurowym, ale to szybko minęło. Od dzieciństwa miałam okazję obserwować urszulanki i podobał mi się ich charyzmat: praca z młodzieżą, otwartość na drugiego człowieka, czas dla każdego i oczywiście ich uśmiech. Matka Urszula Ledóchowska mawiała, że twarz, na której stale gości uśmiech, wywiera zbawienny wpływ na otoczenie. To mi się podobało.

    A jak Siostra trafiła do Paradyża?

    – Postulat rozpoczęłam w Łodzi, a nowicjat był w Pniewach. Potem posługiwałam w kuchni. Najpierw dwa lata w Warszawie, a potem trzy lata w Ożarowie. W Warszawie miałam wątpliwości odnośnie do mojej decyzji życiowej. Miałam sporo pracy i trudno mi było pogodzić ją z modlitwą. Poza tym inne siostry katechizowały i robiły inne rzeczy, a ja cały czas w kuchni z tymi garnkami. Wątpliwości rozwiały się po rozmowie z matką przełożoną, która pokazała mi inny wymiar tej posługi, ten bardziej duchowy. Wcześniej go nie dostrzegałam. Po ślubach wieczystych zostałam skierowana do Paradyża. Jak się dowiedziałam, to chyba przez miesiąc płakałam, bo bałam się, że nie dam rady. Gotować dla takiej ilości osób, a wtedy w seminarium było ok. 170 kleryków. Znów przekonała mnie matka przełożona. Powiedziała, żebym poszła chociaż na rok, a jak nie dam rady, to zmienię placówkę. Z roku zrobiło się już 21 lat (śmiech).

    To chyba cenne doświadczenie?

    – Bardzo. Tu nauczyłam się współpracy, otwartości. Pomimo, że byłam rozrabiaką, to byłam jednak osobą zamkniętą. Ten okres życia zakonnego pomógł mi się otworzyć na ludzi. Posługa w kuchni jest odpowiedzialna, ale daje mi radość. Przecież gotuję i karmię kleryków, i kapłanów, którzy idą głosić Ewangelię innym ludziom. To cicha praca z boku, ale nie buntuję się, wręcz przeciwnie. Kocham to, co robię, i jestem z tego zadowolona. To przecież służba dla Pana Boga. Poza tym tu doświadczam cudu. Spotykając kleryków, dzień w dzień patrzę, jak dorastają, kształtują się i z chłopaków stają się dojrzałymi kapłanami. Modlę się za nich codziennie. Przez te 21 lat zrobiła się już bardzo długa lista.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół