• facebook
  • rss
  • Kocham moje kapłaństwo

    dodane 21.03.2013 00:15

    rocznice święceń. – Nie miałem nigdy żadnych kryzysów, zresztą nie było na to czasu. Gdy człowiek miał 30 godzin katechezy i wiele innych zadań duszpasterskich, to ledwo na nogach stał – mówi o. Jeremiasz Truś OFMCap.

    W Wielki Czwartek w gorzowskiej katedrze będziemy modlić się za księży, którzy obchodzą swoje 25- i 50-lecie święceń. Logika tego świata podpowiada nam, że życie w celibacie to bezsensowna ofiara, jednak kapłańskie historie pokazują jasno, że miłość i wierność ofiarowane Chrystusowi dają prawdziwe szczęście.

    Kapłani, czuwajcie!

    Kapucyn, posługujący obecnie w Nowej Soli, urodził się w 1929 roku w Kobyle, powiat Bochnia. Przed wojną nie myślał o kapłaństwie. – Lubiłem chodzić do kościoła, ale ministrantem nie byłem – przyznaje o. Jeremiasz, który w tym roku obchodzi 50-lecie swoich święceń. – Po II wojnie światowej wyjechałem pracować do Gdańska. Któregoś dnia przeczytałem ogłoszenie w „Dzienniku Bałtyckim”, że księża pallotyni w Chełmnie otworzyli Zakład Spóźnionych Powołań Kapłańskich, czyli takie niższe seminarium. Pomyślałem, że to miejsce dla mnie. Napisałem list, a oni kazali mi przyjechać – opowiada. Później studiował w Wyższym Seminarium Duchownym Ojców Pallotynów w Ołtarzewie k. Warszawy, z którego po trzech latach z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować. Myśl o kapłaństwie nie opuszczała Ignacego, bo takie imię otrzymał na chrzcie św. – Kapłan artysta pochodzący z mojej parafii, który studiując w Krakowie, mieszkał u kapucynów powiedział: „Gdzie się będziesz włóczył po innych seminariach. Idź do kapucynów!”. Zdecydowałem się pójść, choć znałem ich tylko z widzenia – wyjaśnia o. Jeremiasz. W ciągu 50 lat kapłańskiej posługi był m.in. katechetą, spowiednikiem, proboszczem, gwardianem. Pracował w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Pile, Bytomiu, Wałczu, Wołczynie, Kielcach, teraz od 2002 roku jest w Nowej Soli. – Powiedzieli, że jestem potrzebny i jestem – śmieje się o. Jeremiasz, który ma już 84 lata. – Spowiadam, Msze św. odprawiam, kazania gadam i – jak jest napisane na domofonie – zajmuję się też kancelarią parafialną, więc do mnie dzwonią od rana do wieczora. Spowiadam też kapłanów z dekanatu i siostry elżbietanki. Chleba za darmo nie jem. Skoro mnie wyświęcili, to po to, żebym coś robił w Kościele – dodaje. – Jak wytrwać w kapłaństwie? No jak?! Tak samo jak w małżeństwie. Jeśli człowiek uczciwie się modli, spowiada i robi, co do niego należy, to mimo różnych pokus wytrwa, bo Pan Jezus mu pomoże. Pan Jezus powiedział bardzo wyraźnie: „Beze mnie nic nie możecie”. Po prostu czytajmy Pismo Święte i wprowadzajmy je w życie – zauważa kapucyn.

    To Bóg zbawia

    Obchodzący 25-lecie kapłaństwa ks. Krzysztof Maksymowicz urodził się w Przeworsku, a obecnie jest proboszczem w parafii św. Jadwigi Królowej we Wschowie. Te miejscowości dzieli blisko 650 km. – Zostałem ministrantem i wkrótce zaczęły się pojawiać pierwsze myśli o kapłaństwie. Ksiądz zabierał nas na różne wyjazdy i rekolekcje. Pomyślałem, że chciałbym kiedyś stworzyć ludziom taką możliwość spotkania z Bogiem. Dlatego później przez wiele lat jeździłem z młodzieżą na oazy, a teraz zabieram parafian na pielgrzymki. Myślę, że dziś wielkim wyzwaniem dla każdego księdza jest poświęcenie czasu dla ludzi – zauważa ks. Maksymowicz. – Jak to się stało, że trafiłem tutaj? Sąsiad zza płotu został księdzem i poszedł do diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. To był ks. Jan Osikowski. Kiedyś zaprosił mnie do siebie na wakacje i pokazał paradyskie seminarium. Pomyślałem, że tu kiedyś wrócę. I tak się stało. Atutem tego miejsca było dla mnie oddalenie od domu, bo po prostu chciałem się sprawdzić. Była to też dla mnie swoista pustelnia, z dala od gwaru świata – dodaje.

    W trakcie pobytu w seminarium nie brakowało wątpliwości. – Czułem się niegodny być kapłanem. Na początku formacji, w czasie rekolekcji prowadzonych przez sługę Bożego bp. Wilhelma Plutę, doświadczyłem, że Bóg kocha mnie mimo mojej grzeszności. Na czwartym roku pomogły mi słowa bp. Pawła Sochy, że nikt nie jest godzien być kapłanem, ale Pan Bóg wybiera nas na swoje narzędzia i trzeba Jemu bardziej zaufać niż sobie. Dlatego na swoim obrazku prymicyjnym napisałem cytat z Listu do Koryntian: „Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”, żeby pamiętać, że to nie my zbawiamy świat, ale Pan Bóg – zauważa kapłan. Jak każdy kapłan z 25-letnim stażem, proboszcz ze Wschowy odprawił już tysiące Mszy św. – Człowiek jest tylko człowiekiem i często pojawiają się rozproszenia na Mszy św., bo na przykład myślę o tym, skąd wziąć środki na dokończenie remontu kościoła. Ale wtedy, szczególnie w momencie przeistoczenia, wracam myślami do prostoty Wieczernika, gdzie miałem okazje być – mówi ks. Krzysztof. – Wiem, że o wierność w kapłaństwie muszę starać się każdego dnia, bo tylko ksiądz, który ma stały kontakt z Panem Jezusem, może być szczęśliwym kapłanem.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół