• facebook
  • rss
  • Gram dla Boga i ludzi

    dodane 03.04.2014 00:15

    Ma 85 lat, a od 55 jest organistą w sanktuarium Matki Bożej Jutrzenki Nadziei w Grodowcu. Jego pasja muzyczna zaczęła się jednak dużo wcześniej w rodzinnym domu na wschodzie Polski. Pierwsze lekcje gry pobierał u proboszcza.

    Pan Władysław Mul urodził się 14 września 1928 roku w Domostawie k. Stalowej Woli. – Tam otrzymałem chrzest św. i tam przyjąłem I Komunię Świętą, którą pamiętam do dziś. Wcześniej trzeba było dokładnie nauczyć się katechizmu, a potem był oczywiście egzamin. Nie było eleganckich garniturów jak teraz. Miałem krótkie granatowe spodenki i kremową koszulę. Po Mszy św. mieliśmy na plebanii wspólne śniadanie. W domu już nie było przyjęcia i prezentów jak dziś, Pan Jezus był dla wszystkich największym prezentem – zapewnia pan Władysław.

    Wojenne obrazy

    Szczęśliwe dzieciństwo przerwała wojna. – Pamiętam jednego razu, to było w 1943 roku, przyjechali Niemcy i spędzili całą wioskę w jedno miejsce. Mężczyzn zabrali i wywieźli do obozu, do pracy w fabryce, a kobiety i dzieci wzięli oddzielnie i zapędzili do stodoły. To była straszna chwila. Podparli wrota kołkami, a karabiny ustawili dokoła. Wystarczyłaby jedna iskra i moglibyśmy zginąć. Dzięki Bogu nic nam się nie stało – opowiada pan Władysław. – Tatę też zabrali do obozu, ale na szczęście niedługo potem wrócił cały, choć bardzo wycieńczony – dodaje. W pamięci pozostało wiele obrazów z czasów wojny. – Strach stale nam towarzyszył. Jak słyszało się samochód, to wiadomo było, że to Niemcy jadą. Często uciekaliśmy do lasu. Pamiętam, w 1944 roku nastał duży głód. Niemcy zabierali zboże. Kto nic nie oddał, to mu zabrali nawet ostatnią krowę – wspomina pan Władysław. I jeszcze jeden obraz. – Pewnego razu poszedłem do lasu wypróbować obrzynek [pot. karabin lub strzelba z uciętą lufą – przyp. red.]. Te strzały usłyszeli ukrywający się w lesie Żydzi, którzy wystraszyli się i uciekli. Później okazało się, że to przypadkowo uratowało im życie, bo w tym czasie przejeżdżali tamtędy Niemcy i gdyby byli w swoich kryjówkach, to z pewnością by zginęli – opowiada.

    Chodząca historia Grodowca

    Jeszcze w rodzinnych stronach pan Władysław zaczął stawiać swoje pierwsze muzyczne kroki. – Tamtejszy proboszcz ks. Jan Zmora udzielał mi lekcji gry na akordeonie. W Domostawie grałem Godzinki. Wtedy nie było organów, ale fisharmonia – wspomina. Na tzw. Ziemie Odzyskane przyjechał w 1947 roku. W 1951 roku został organistą w Grodowcu i w międzyczasie ukończył kurs organistowski we wrocławskim seminarium duchownym. – Wtedy Msza św. była odprawiana jeszcze po łacinie. Dlatego każdy organista musiał nie tylko dobrze grać i śpiewać, ale także znać poszczególne części Mszy św. – opowiada. Grodowiczanin miał kiedyś firmę betoniarską, granie było jego dodatkowym zajęciem, ale w kościele nie ograniczał się tylko do bycia organistą i wiele lat prowadził chór parafialny. – Kiedyś chór liczył nawet 30 osób. Śpiewaliśmy na cztery głosy – wspomina organista. Dziś pan Władysław jest już na emeryturze, wprawdzie rzadziej, to jednak wciąż gra. – Jak człowiek jest czynny, to znaczy, że żyje. Czuję się jeszcze dobrze i nie sprawia mi to dużo trudności. Gram dla Boga i dla ludzi. Jak będę miał 90 czy 100 lat i będą siły, to też przyjdę zagrać. A czemu nie? – mówi z uśmiechem. – Msza bez organów i śpiewu jest tak samo ważna, ale nie jest udekorowana – zauważa pan Władysław.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół