• facebook
  • rss
  • Emocje z jackiem

    dodane 04.12.2014 00:00

    Z Edytą Owczarz o zwycięstwie, cichych marzeniach o paraolimpiadzie, rdzeniowym zaniku mięśni i działaniu Boga rozmawia Krzysztof Król.

    Krzysztof Król: W listopadzie zdobyła Pani I miejsce na Mistrzostwach Polski w Bocci w Luboniu k. Poznania. Jak to jest być mistrzem Polski?

    Edyta Owczarz: To zwycięstwo było i jest dla mnie darem Pana Boga. Oczywiście, nie spadło mi z nieba, musiałam trochę się natrudzić, ale jestem przekonana, że skupienie, które udało mi się utrzymać przez 6 meczów, opanowanie emocji, granie bez usilnego dążenia, by koniecznie wszystko wygrać... to Jego działanie. Ja nie byłam faworytem tego turnieju, trenuję stosunkowo krótko i nie mam wypracowanych jakichś szczególnych umiejętności. Bardzo chciałam wyjść z grupy, a moim marzeniem było dostanie się do najlepszej czwórki. O meczu finałowym ani ja, ani moja mama nawet nie śniłyśmy, dlatego już na samym jego początku cieszyłyśmy się z tytułu wicemistrza. Kiedy jednak w czwartej rundzie wiedziałam, że wygram cały turniej, radość moja sięgnęła zenitu... Emocje były tak duże, że z ledwością podpisałam protokół z meczu. (śmiech)

    Wiele osób nie wie, na czym polega ta dyscyplina sportowa. Proszę wyjaśnić.

    Pełen regulamin bocci to 52 strony A4 tekstu, zawiera wiele szczegółów i niuansów, ale ogólne zasady gry są bardzo proste. Gra toczy się na boisku o wymiarach 12,5 m na 6 m w trzech możliwych konfiguracjach: pomiędzy dwiema 3-osobowymi drużynami, dwiema parami bądź pomiędzy dwoma zawodnikami w rozgrywkach indywidualnych. Każda ze stron dysponuje 6 bilami jednego koloru – czerwonymi lub niebieskimi. Mecz składa się zazwyczaj z 4 rund, na początku których jeden z graczy wyrzuca najpierw białą bilę (tzw. jack), a po niej wyrzucane są, według określonych przepisów, bile kolorowe. Trzeba grać tak, by swoje bile umieścić jak najbliżej jacka i uniemożliwić rywalowi zdobycie punktów.

    Jak zaczęła się Pani przygoda z boccią?

    Dwa lata temu zaczęłam chodzić na zajęcia rekreacyjno-sportowe, które odbywały się z inicjatywy s. Małgorzaty Malskiej przy Domu „Uzdrowienie Chorych” w Głogowie. Rok później s. Małgorzata zdobyła pieniądze na zakup profesjonalnych zestawów bil oraz specjalnych rynien dla mnie i dla kolegi (ze względu na rodzaj schorzenia, nie jesteśmy w stanie wyrzucać bil ręką). We wrześniu pojechałam wraz z pozostałymi osobami z klubu na pierwsze zawody. I to był moment, w którym zabawa zaczęła ustępować miejsca prawdziwej sportowej rywalizacji. Oczywiście, element zabawy, czyli radość z gry, nadal mi towarzyszy, ale to już nie jest jedyny i najistotniejszy powód kontynuowania treningów. I tak jestem reprezentantką Integracyjnego Klubu Sportowego Osób Niepełnosprawnych (IKSON) w Głogowie, nad którym pieczę pełni wspólnota Cichych Pracowników Krzyża.

    To dyscyplina parolimpijska...

    Tak. Została stworzona z myślą o osobach niepełnosprawnych i jako jedyna nie ma swojego odpowiednika wśród dyscyplin olimpijskich. W pewnym stopniu wzorowana jest, co prawda, na włoskiej grze bocce, jednak specyfika bocci czyni ją wyjątkową i daje właśnie osobom niepełnosprawnym, nawet z całkowitym niedowładem kończyn bądź z dużą spastyką, możliwość przekraczania swoich ograniczeń i doświadczenia, czym jest sport. Podczas jednych zawodów, w których brałam udział, przekonałam się na własne oczy, że jest w niej miejsce dla każdego. Zobaczyłam bowiem bardzo precyzyjnie grającego zawodnika... poruszającego jedynie oczami, nie mówiącego, oddychającego za pomocą przenośnego respiratora! Oczywiście, mecze rozgrywane są między osobami o podobnym poziomie sprawności.

    Teraz olimpiada?

    Teraz czekają mnie przede wszystkim solidne treningi i tzw. podnoszenie formy... Oby! (uśmiech) Jeśli chodzi o zawody, to mam nadzieję, że w czerwcu przyszłego roku będę mogła wziąć udział w międzynarodowym turnieju, organizowanym w Poznaniu. Byłby on dla mnie dużym wyzwaniem i okazją do przeżycia nowego doświadczenia. Jeśli się nie mylę, w zawodach tych można też zdobyć punkty kwalifikujące do paraolimpiady w Rio de Janeiro, ale ja nie wybiegam tak daleko. Wiele muszę się jeszcze nauczyć, pewno niejeden mecz przegrać. Jak Pan Bóg da zdrowie i siły mnie oraz mojej mamie, to czeka mnie długa droga i nie mam pojęcia, dokąd mnie ona zaprowadzi. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że będę starała się grać jak najlepiej.

    Mimo niepełnosprawności wydaje się Pani szczęśliwą osobą.

    Choruję na rdzeniowy zanik mięśni. Jest to postępująca choroba genetyczna, polegająca na stopniowym osłabianiu i zaniku mięśni. Wykryto ją u mnie, gdy miałam 3 lata, a przestałam chodzić około 7. roku życia. W tej chwili jestem niemal całkowicie zależna od innych osób i jeśli chodzi o aspekt fizyczny, to bez pomocy mamy, brata, znajomych w ogóle sobie nie radzę. Nie mam jednak poczucia „niesprawiedliwego losu”, nie przyjmuję też swojego stanu jako Bożej kary. Dla mnie to normalność. Trudne są te wydarzenia, które budzą lęk o przyszłość bez najbliższych. Wtedy staram się patrzeć na moją teraźniejszość i przyszłość z wiarą w to, że Pan Bóg troszczy się o nas wszystkich w każdej chwili i próbuję odkryć dar, jaki związał z daną sytuacją. Oczywiście, nie działa to na zasadzie dotknięcia czarodziejskiej różdżki, ale z czasem przynosi wewnętrzny pokój.•

    Przyjdź i spróbuj

    Treningi w głogowskim klubie IKSON odbywają się w każdy wtorek od godz. 16 do 18, w sali gimnastycznej należącej do Cichych Pracowników Krzyża (ul. bł. Luigiego Novarese 2).

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół