• facebook
  • rss
  • I tak wracamy do dziś

    dodane 11.05.2017 00:00

    „Lepiej, żeby jutro was tu nie było! A jak przyjdziemy i będziecie, to z wami koniec!” – usłyszeli od sąsiadów, z którymi przed wojną żyli w zgodzie.

    Mieczysław Łukasik mieszka dziś w Kosieczynie k. Zbąszynka, ale przyszedł na świat w niewielkiej Grzegorzówce k. Ostroga nad rzeką Horyń [teren dzisiejszej Ukrainy – przyp. aut.] w 1935 roku, jako pierwsze dziecko Stanisława i Antoniny. – Byliśmy osadnikami. Mój dziadek pochodził z województwa kieleckiego – opowiada pan Mieczysław. – Nasza wioska była dosyć zwarta. Miała jedną ulicę główną. Mieszkaliśmy razem ze stryjkiem w domu, który odziedziczyliśmy po dziadku. Wygody tam nie było wielkiej. To był domek dwuizbowy z taką przybudówką na oborę. Pamiętam, była studnia kręcona na podwórku. Najbliżej nas mieszkała rodzina ukraińska, a po drugiej stronie, trochę dalej – polska, która po napaści Rosjan została wywieziona na Syberię – dodaje.

    Wygnani z domu

    Kosieczynianin nie pamięta początku wojny, ale kolejne wydarzenia zapadły mu w pamięć bardzo dobrze. – Gdy Rosjanie nacierali na Polskę i Niemcy się wycofywali, pierwszy raz w życiu wdziałem samolot. Lecąc nad naszą miejscowością, zrzucił bombę. I to była cała nasza wojna w tych pierwszych latach. Spokojnie mieszkaliśmy do lipca 1943 roku. Jako Polacy stanowiliśmy mały odsetek. Było nas 15–16 proc. wszystkich mieszkańców. Przeważali Ukraińcy, ale była zgoda i jedni drugich zapraszali na uroczystości i wesela. Nawet rodziny mieszane powstawały – mówi pan Mieczysław. – Jednak pewnej nocy, w lipcu 1943 roku, kładliśmy się jak co dzień spokojnie spać, gdy nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Ojciec poszedł ze stryjkiem na strych, aby zobaczyć, co się dzieje w okolicy. Było widać pojedyncze światełka i furmanki z ludźmi. Pukanie nie ustawało i mama otworzyła. Weszli Ukraińcy i powiedzieli, że będzie rewizja. Wypytywali o broń, ale myśmy nie mieli nic w domu. W końcu usłyszeliśmy: „Lepiej, żeby jutro was tu nie było. A jak przyjdziemy i będziecie, to z wami koniec!”. Chcąc pokazać, że nie żartują, kazali się ojcu i stryjkowi położyć twarzą do ziemi. Wszystko widziałem, bo spałem na sienniku w rogu. Jeden z nich podszedł z karabinem i pomyślałem, że zaraz strzeli. Na szczęście tego nie zrobił. Ale obaj – tata i stryjek – dostali trzy potężne uderzenia przez plecy. Gdy Ukraińcy poszli, to już spania nie było.

    Udało się odeprzeć atak

    Najpierw rodzina pana Mieczysława znalazła schronienie u księdza na plebanii w Ożeninie. – Ale on od razu zastrzegł, że nie możemy się tutaj długo ukrywać. Powiedział, żebyśmy poszli do Witoldówki i ojciec ze stryjkiem znaleźli kwaterę właśnie tam – kontynuuje opowieść mieszkaniec Kosieczyna. – Tak to się wlokło aż do Bożego Narodzenia 1943 roku. Krótko przed świętami dotarły do nas słuchy, że zostaniemy napadnięci w pierwszy dzień świąt. Oczywiście, wszyscy czuwali, a było się czego obawiać, bo Witoldówka to była wieś przy samym lesie. Przyszło Boże Narodzenie. Pierwszego dnia nic się nie zdarzyło. Cisza i spokój. W drugi dzień świąt to samo, ale w trzeci dzień, kiedy zaczęliśmy świętować, napadli na nas. Strzelali z samozapalających się kul. W większości wsi były słomiane dachy, poza tym stogi z sianem i słomą. Jak to wszystko się zajęło, to nie było wiadomo, co robić. Na szczęście udało się odeprzeć atak, ale potem ksiądz z parafii w Ożeninie powiedział, że musimy uciekać. Zapadała decyzja o przebiciu się przez las do Ostrogu. – Ksiądz był na czele kolumny. Musieliśmy pokonać 10 km. Wczesnym rankiem spotkaliśmy bandę Ukraińców, ale to była mała grupa, która na nasz widok uciekła. Okazało się, że tam był także napad i ludzie schronili się do większych budynków. Myśmy poszli do jednej z takich dużych sal i tam zostaliśmy do połowy lutego 1944 roku. Brakowało wody, nie było ogrzewania, ale za to było dużo wszelkich insektów, jak wszy i pchły. Tak nas obsiadły, że coś strasznego – wspomina. W końcu jego rodzina dostała kwaterę, ale wkrótce potem ojciec pana Mieczysława dostał wezwanie do II Armii WP. – We wrześniu 1944 r. mama dostała zawiadomienie z jednostki wojskowej o zaginięciu taty na froncie. Na tę wiadomość dopiero był płacz i zgrzytanie zębów... Do dziś nie wiemy, jak i gdzie tato zginął – podkreśla pan Mieczysław. – W czerwcu 1945 r. zapadła decyzja o wyjeździe Polaków na Zachód. Mama dostała kartę ewakuacyjną. Pociąg ruszył 10 czerwca, a do Świebodzina przyjechaliśmy 5 lipca. Pamiętam, jak babcia nieboszczka mówiła: „Dzieci, aby tylko znaleźć jakiś dach nad głową. Za dwa–trzy tygodnie wrócimy na swoje”. I tak wracamy do dziś.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół