• facebook
  • rss
  • Próba ognia

    dodane 13.07.2017 00:00

    Pani Eryka od 54 lat mieszka w sąsiedztwie gorzowskiej katedry. W sobotę 1 lipca późnym popołudniem przechodziła obok świątyni i spojrzała na wieżę. Lubi patrzeć, jak wysoka budowla dumnie wzbija się w niebo. Godzinę później, gdy kobieta siedziała w wygodnym fotelu w swoim mieszkaniu, zadzwonił telefon. – Babciu, katedra się pali! – krzyczał do słuchawki wnuk pani Eryki.

    Kobieta z telefonem w dłoni podbiegła do okna. – Patrzę i widzę, że katedra rzeczywiście stoi w ogniu. Kłęby dymu unosiły się z wieży. Wiedziałam, że w tym czasie trwa Msza św. Po jakiejś chwili zobaczyłam przez okno, że ludzie spokojnie wychodzą z katedry. Z niedowierzaniem i z trwogą obserwowałam, co się dzieje – wspomina Eryka Madejek, pracująca w biurze parafii pw. Wniebowzięcia NMP.

    Uczestnicy Mszy św. nie przeczuwali nawet, że nad ich głowami szaleje pożar. – Nagle do kościoła wbiegła kobieta, za nią jakiś pan, a potem policjanci. Rozmawiali z ks. Grzegorzem Słapkiem. Kapłan spokojnie poprosił wszystkich, żeby wyszli ze świątyni. Dopiero gdy byłyśmy przed katedrą, zobaczyłyśmy płonącą wieżę – opowiadały Arleta Chmielewska i Katarzyna Radziewicz, które uczestniczyły w wieczornej Mszy św. Ludzie stali przed kościołem. Niektórzy wyciągnęli różańce i zaczęli się modlić. Inni przyłączali się do nich, po chwili Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiało już kilkanaście osób. – Gdy księża pobiegli do świątyni ratować Najświętszy Sakrament, ludzie ruszyli za nimi. Zaczęli wynosić konfesjonały i obrazy. W tym czasie na placu przed katedrą aktorzy gorzowskiego teatru przygotowywali się do występu. Gdy zobaczyli, co się dzieje, oni również ruszyli na pomoc. To było niezwykłe doświadczenie jedności. Nie czułyśmy strachu, ważne było tylko to, że pomaga się dla Jezusa, który jest przecież najważniejszy w życiu – tłumaczyły Arleta Chmielewska i Katarzyna Radziewicz. W tym czasie w katedralnej zakrystii pan Zenon przygotowywał paramenty liturgiczne do niedzielnej Eucharystii. Nagle usłyszał dźwięk sygnału alarmowego i ujrzał policjantów. Wtedy pomyślał, że stało się coś niedobrego. – Dopiero na zewnątrz zobaczyłem, co się dzieje – ludzie wskazywali na dymiącą wieżę. Zadzwoniłem na numer alarmowy, ale był zajęty. Udało nam się na szczęście wynieść ze świątyni najważniejsze przedmioty. O drugiej w nocy wróciłem do domu. Godzinkę się zdrzemnąłem, ale nie mogłem spać, pobiegłem do katedry. To pierwszy pożar podczas moich 32 lat służby w zakrystii. I oby ostatni – mówi Zenon Szydłowski, zakrystian. 1 lipca Gorzów Wielkopolski świętował 760-lecie powstania miasta. Strażacy z tej okazji prowadzili nad Wartą cieszący się ogromnym zainteresowaniem pokaz sprzętu gaśniczo-ratowniczego. W amfiteatrze odbywał się koncert i tam również byli strażacy dbający o bezpieczeństwo uczestników. Kiedy do centrali Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Gorzowie Wlkp. dotarło zgłoszenie, że pali się katedralna wieża, jednostki będące najbliżej ruszyły pod katedrę. – Na rozkaz dowódcy założyliśmy aparaty powietrzne, wzięliśmy węże, noszaki, prądownice, sprzęt burzący i weszliśmy na wieżę bocznym wejściem, które pokazał nam chyba ministrant. Trafiliśmy na bardzo wąskie korytarze. Wspinaliśmy się na kolejne kondygnacje i na wysokości dzwonów zobaczyliśmy pierwsze źródło ognia – opowiadał st. sekcyjny Piotr Zaniewski, pracujący w Państwowej Straży Pożarnej od pięciu lat. Wejście na taras widokowy katedralnej wieży u większości turystów powoduje zadyszkę. Strażacy wchodzili tam z ekwipunkiem ważącym ok. 25 kg. Poruszali się bardzo pewnie po katedrze i jej okolicy, jakby mieli wszystko dokładnie przećwiczone. Nie było widać chaosu, nie szukano hydrantów, nie było biegania z miejsca na miejsce. Dowódcy wozów, które pierwsze pojawiły się pod katedrą, to doświadczeni strażacy. Już kilka razy uczestniczyli w ćwiczeniach przeciwpożarowych odbywających się systematycznie w katedrze. – Ogień zlokalizowaliśmy na kondygnacji, gdzie znajdowały się dzwony. Strop nad nami był już przepalony, a z góry spadały elementy belek. Rozpoczęło się gaszenie. Na wyższych kondygnacjach było ogromne zadymienie i trzeba było korzystać z kamery termowizyjnej – mówił st. strażak Arkadiusz Turski, w straży pożarnej od trzech lat. Powietrza w butli wystarcza na ok. 20 minut swobodnego oddychania. Kiedy jego poziom spadł, strażacy musieli zejść w dół, aby chwilę odpocząć, napić się wody i wymienić aparat z powietrzem. – Przed wejściem na wieżę stała kolejka przygotowanych kolegów, którzy od razu wymieniali schodzących. Gaszenie od środka odbywało się bez przerwy – mówił Piotr Zaniewski. Strażacy walczyli z ogniem, a w tym samym czasie wierni wynosili najcenniejsze wyposażenie świątyni. Jak podkreślają strażacy uczestniczący w akcji, część z nich nawet nie zauważyła, że wynoszone są obrazy i konfesjonały. Spontaniczna akcja wiernych wcale nie przeszkadzała strażakom, ludzie wychodzili na plac katedralny i nie było żadnej kolizji. – Kiedy zobaczyłam, jak wynoszą z katedry Pana Jezusa, krzyż i szaty liturgiczne, w oczach miałam łzy. Pojawiło się również pytanie: Panie Boże, co chcesz nam przez to powiedzieć, że wychodzisz z katedry? Wspólnie z paniami z koła różańcowego pilnowałyśmy porządku w pomieszczeniach na plebanii, pokazywałyśmy, gdzie ustawiać konfesjonały, obrazy, układać ornaty. Wszyscy płakaliśmy. Widok chętnych do pomocy osób był poruszający, jeszcze po paru dniach nie mogę powstrzymać wzruszenia – wspomina Eryka Madejek. Panie przez wiele godzin układały i porządkowały odymione i częściowo zalane wodą szaty liturgiczne. Po powrocie do domu pani Eryka nie mogła znaleźć sobie miejsca, krążyła od okna do telewizora, gdzie śledziła akcję strażaków. Okna musiały być zamknięte, bo gryzący dym wdzierał się do mieszkania. Na miejsce pożaru wezwano jednostki PSP z całego województwa. Do akcji gaśniczej zgłosiło się wielu strażaków, choć tego dnia nie mieli służby. Na miejsce przyjechali miejski i wojewódzki komendanci PSP – Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Dym unosił się nad kopułą. W tym momencie wydawało mi się to nierealne i niemożliwe. Trzeba było wyłączyć się z tego, co się dzieje na zewnątrz, i całkowicie skupić się na podejmowaniu decyzji, organizacji i prowadzeniu działań – wspomina brygadier Grzegorz Rojek, zastępca komendanta miejskiego PSP w Gorzowie Wlkp. Mieszkańcy miasta byli poruszeni sobotnimi wydarzeniami. Pytali strażaków, czy przynieść im coś do picia czy jedzenia. Każdy chciał im jakoś pomóc. – Wsiadłem do taksówki, żeby jak najszybciej dojechać pod katedrę. Gdy kierowca dowiedział się, gdzie jadę, i że jestem strażakiem, nie chciał ode mnie pieniędzy za kurs – opowiadał bryg. Bartłomiej Mądry, naczelnik Wydziału Operacyjno-Szkoleniowego KM PSP w Gorzowie Wlkp. Do godzin nocnych strażacy gasili pożar wewnątrz wieży i na zewnątrz. Temperatura w płonącej budowli była ogromna, sięgała kilkuset stopni Celsjusza, ale również woda podawana z zewnątrz rozgrzewała się do temperatury wrzenia. W tak ekstremalnych warunkach przez prawie dwie doby 300 strażaków walczyło o uratowanie symbolu Gorzowa Wlkp. i diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Wszystkie roty zbiegających z wieży strażaków ludzie nagradzali brawami i okrzykami: Dziękujemy, dziękujemy! I udało się! Akcję strażaków relacjonowały media w Polsce i na świecie. Z niepokojem wiadomości z miejsca pożaru śledziły rodziny strażaków. Dla nich najważniejszą informacją było to, że w akcji nikt nie ucierpiał. – Po służbie widziałem na komórce mnóstwo nieodebranych połączeń i SMS-ów z pytaniem, czy wszystko w porządku. Żona opowiadała, że do czwartej nad ranem nasłuchiwała, czy nic się nie stało – opowiada st. sekcyjny, Piotr Zaniewski. Po kilkunastu godzinach służby strażacy wrócili do domów. Ale emocje, zmęczenie i zapach dymu wnikający w skórę i włosy pozostały jeszcze na długo.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół