Nowy numer 43/2020 Archiwum

Stypendium, roboty i wolontariat

Wiara i nauka. Gdyby nie mama, proboszcz i stypendyści, mógłby nie być w tym miejscu, w którym dziś jest. A tak student z niewielkiej wsi może konsekwentnie realizować swoje życiowe pasje i marzenia.

Takiego ulubionego świętego to chyba nie mam. Jednak wielu mnie inspiruje. Święty Franciszek z Asyżu – ta pogoda ducha, którą emanował... Święty Kamil de Lellis – sympatyzuję z nim nie tylko przez wzgląd, że to mój patron, ale także dlatego, że zmienił hulaszczy tryb życia na bardzo religijny. Święty Jan Paweł II – papież Polak największy pośród naszego narodu, tak cierpliwie znosił ból… Myślę, że chciałbym dążyć do bycia po części każdym z nich i dlatego są dla mnie pewnym wzorem do naśladowania – mówi na początek rozmowy Kamil Klimkowicz z Przyborowa oddalonego o trzy kilometry od Nowej Soli.

Najlepsza ładowarka

Kamil jest stypendystą papieskiej Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Został nim dzięki dwóm osobom. – Po pierwsze dzięki mojej mamie, która zawsze dbała, bym mógł rozwijać swoje pasje, i wspierała mnie od najmłodszych lat. Śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie ona, to nie wiem, czy byłbym dzisiaj tym, kim jestem, czy w ogóle bym studiował. Drugą osobą był mój ówczesny proboszcz z rodzinnej parafii, ks. kan. Józef Adamczak. To on pielęgnował we mnie wiarę i pobożność, wspierał na różne możliwe sposoby. Tych dwoje wielkich ludzi pomogło mi skompletować i wysłać dokumenty. I tak od 2007 roku otrzymywałem najpierw wsparcie finansowe z Diecezjalnego Funduszu Stypendialnego im. bp. Adama Dyczkowskiego, a od 2009 roku z Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” – wyjaśnia Kamil. Mieszkaniec Przyborowa nie ukrywa, że początkowo stypendium wiązało się wyłącznie z wymiarem materialnym. Za otrzymywane pieniądze kupił komputer, który służył mu do nauki i rozrywki. – Wszystko jednak zaczęło nabierać innych barw na pierwszym wspólnym diecezjalnym spotkaniu. Na początku byłem strasznie onieśmielony. Tłum ludzi rzucających się sobie na szyję i cieszących się ze swojego widoku. Dla mnie to był szok! A do tego ten „tłum” cały czas pytał mnie, kim i skąd jestem – opowiada Kamil i kontynuuje z rozbrajającą szczerością: – Musiałem więc przełamywać swoje bariery i wyjść z własnej strefy komfortu. Na początku musiałem, a później już tylko tego pragnąłem, rozmawiać i cieszyć się razem z ludźmi, którzy tak jak ja, w swoim środowisku byli pewnego rodzaju wyrzutkami. Nie chodzi mi oczywiście o negatywny sens tego słowa. Raczej o to, że większość naszych rówieśników ze szkół i podwórka tak nas postrzegała, bo jesteśmy ambitni, chodzimy do Kościoła, a to już wtedy zaczęło się robić niemodne. W pamięci do dziś pozostają pierwsze Msze św. ze wspólnotą diecezjalnych stypendystów. – Coś nowego, coś innego, coś naprawdę pięknego. Powiem, że nigdy tak się nie czułem! Radość ducha, takie drżenie, które po dziś dzień odczuwam, gdy uczestniczę w pełni we Mszy świętej. Gdy nadchodzą chwile zwątpienia i kryzysy, takie obozy i spotkania są jak ładowarka do akumulatorów. Ładują taką potężną moc w człowieka, ożywiają wiarę w Boga i w sens życia – mówi z przekonaniem.

Na przekór tej pani

Stypendysta to dziś student pełną gębą. Obecnie uczy się na III roku automatyki i robotyki na Uniwersytecie Zielonogórskim. – W ostatniej klasie gimnazjum miałem testy mające pomóc mi wybrać dalszą ścieżkę edukacji. Po ich wykonaniu pani pedagog z poradni stwierdziła, że jestem strasznie matematyczno-techniczny, i zaproponowała mi technikum. Kiedy jednak dowiedziała się o moich bardzo dobrych i celujących ocenach, to od razu zmieniła zdanie, mówiąc, że zmarnuję się w technikum i że jedyny słuszny wybór to liceum – opowiada żak. – Przypadłością gimnazjalistów jest jednak to, że uwielbiają się buntować. Ja też taki byłem i wymyśliłem, że na złość tej pani nie pójdę do liceum. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to był chyba jeden z najlepszych wyborów, jakich dokonałem w życiu – dodaje. I tak przez kolejne lata Kamil szkolił się jako informatyk. Przełomowa była druga klasa. Dzięki dwójce nauczycieli zafascynował się matematyką i metodologią programowania. – Pisanie programów komputerowych z ich strukturą, a zarazem logicznością i matematycznością, sprawiało mi tak wiele przyjemności, że w domu zawsze pisałem jakiś kawałek kodu. Drugim i ostatecznym przełomem były zajęcia z programowania takiej małej linii produkcyjnej w pełni zautomatyzowanej. Napisanie „softu” sterującego urządzeniem oczarowało mnie. Wtedy właśnie podjąłem decyzję: chcę sterować robotami, projektować linie produkcyjne i roboty, automatyzować przemysł i życie codzienne – kontynuuje.

Założyć własną firmę

Kamil często słyszy, że studiuje elitarny kierunek. – Wielu ludzi w Polsce uważa, że roboty zabierają im pracę, a ja i moi koledzy będziemy się do tego przyczyniać. Zgodzę się z tym, ale tylko w połowie. Przecież każdy robot w firmie w miejsce zlikwidowanych generuje co najmniej taką samą liczbę nowych etatów. Wiąże się to z tym, że roboty należy kontrolować. Dla ludzi jest lepiej przekwalifikować się i sprawdzać jakość, niż przez osiem godzin ciężko pracować, nadwerężając przy tym swoje zdrowie – zauważa student. – Wróćmy jednak do pasji. Proszę sobie wyobrazić, że świat i każdą naszą czynność można opisać za pomocą mniej lub bardziej skomplikowanych równań matematycznych. Takim przykładem jest chociażby ludzkie ciało wykonujące w pewnym sensie skomplikowane działania matematyczno-chemiczne. Teraz z kolegą z roku na zajęciach i w ramach pracy dyplomowej tworzymy system sterowania robotem przemysłowym za pomocą sensora Kinect. Dokładnie ten sam, który jest używany w konsolach do gier. Co więcej, powiem, że pierwsze testy odczytu szkieletu człowieka wykonywaliśmy na klockach Lego z serii Mindstroms. Ludzie, słysząc to, myślą, że to, co robię, nie ma sensu, bo przecież to zabawki. Ale przecież marsjański łazik Opportunity miał swój prototyp właśnie na bazie platformy Lego. Roboty są przyszłością w każdej dziedzinie życia człowieka, czy to w medycynie, czy przemyśle, i ja z nimi wiążę przyszłość – kontynuuje swoją opowieść. Pojawiają się już nieśmiałe, ale zdecydowane marzenia właśnie o przyszłości. – Po ukończeniu studiów chciałbym wyjechać za granicę i otworzyć w przyszłości swój własny biznes, który opierałby się na projektowaniu oraz programowaniu robotów i hal produkcyjnych. Nie o to chodzi, że nie podoba mi się w Polsce. W naszym regionie dla osoby kształcącej w moim kierunku nie ma niestety perspektyw. Ja chcę dalej się rozwijać i chcę, żeby doceniano mój wysiłek – mówi student.

Wolontariat i klocki Lego

Swojej wiedzy Kamil nie zostawia jednak dla siebie. Realizuje się także jako wolontariusz i pomaga dzieciom oraz młodzieży w edukacji matematycznej. – Niestety nasz system oświatowy robi z młodych ludzi analfabetów matematycznych. Wiele rzeczy można przekazać praktycznie, a nie pokazywać tylko samo liczenie dla liczenia. Dlatego przy współpracy z poprzednim i obecnym księdzem proboszczem udzielam bezpłatnych korepetycji z matematyki w salce parafialnej. W pierwszej fazie traktowałem to trochę jak obowiązek niż jak przyjemność. Jednak gdy przyszły pierwsze osoby, które chciały się czegoś nauczyć, to zmieniło się moje podejście. Przede wszystkim objawiało się to tym, że traciłem poczucie czasu i kończyłem zajęcia dopiero wtedy, gdy ostatnia osoba umiała wszystko to, co przerabialiśmy w danym dniu – śmieje się Kamil, w którego głowie już kiełkują nowe pomysły edukacyjne. – Ostatnio rozmawiałem z panią wójt mojej gminy o zajęciach dla dzieci z prostego programowania klocków Lego. Chcę zachęcić do nauki przez zabawę. Myślę, że wszyscy mają potencjał matematyczny i do logicznego myślenia, tylko niestety system zabija go. Badania naukowców wyraźnie wskazują na to, że póki dzieci nie pójdą do szkoły, to 98 proc. z nich jest utalentowanych matematycznie, a z każdym kolejnym rokiem w szkole ten procent maleje. Jeżeli dzieci będą chciały same lub zaszczepi się w nich chęć do matematyki i przedmiotów ścisłych, to naprawdę mogą wiele osiągnąć – dodaje. W świecie Kamila wiara nie kłóci się wcale z nauką. – Mówiłem, że każdą naszą czynność można opisać za pomocą mniej lub bardziej skomplikowanych równań matematycznych. Chodzi mi oczywiście o świat fizyczny. Wiara jest czymś, czego ja nie potrafię opisać w żaden sposób. To tak jak z miłością do drugiej osoby – żadne słowa nie są w stanie wyrazić uczuć i odczuć. Wiara jednak pomaga mi zrozumieć, aspekty nauki i wspomnianej uprzednio matematyki – zauważa student, który niedawno się zaręczył. – Miłości Pana Boga doświadczam codziennie. Patrząc przez pryzmat swojego życia i miejsca, do którego doszedłem, to jest chyba największe jej potwierdzenie. Proszę przypomnieć sobie to, co mówiłem wcześniej. Czy to wszystko byłoby możliwe, gdyby nie miłość Boga. Szczerze? Wątpię! – dodaje na koniec. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama