Nowy numer 34/2019 Archiwum

Cicha bohaterka Wschowy

Do wszystkich zwracała się „Kochaniutki” lub „Złociutki”. Dla każdego miała serce na dłoni. Jej samej życie nie oszczędzało.

Siostra Iwona Król niosła pomoc medyczną i materialną ludziom potrzebującym podczas II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu. Opowiada o niej książka „Siostra M. Iwona Król – cicha bohaterka Wschowy” pod redakcją Jolanty Pawłowskiej i Zdzisława Rygusika, którą w ubiegłym roku wydały Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” oddział Wschowa oraz Muzeum Ziemi Wschowskiej.

Sen ojca

Siostra Iwona przyszła na świat w Mrozach k. Kartuz 12 maja 1908 roku, a na chrzcie otrzymała imię Anna. „Jej rodzice, ojciec Michał i matka Anastazja z domu Majher, prowadzili gospodarstwo rolne. Od wczesnego dzieciństwa Anna pragnęła poświęcić się Bogu. Niestety ciągle natrafiała na zdecydowany opór ojca” – pisze Jolanta Pawłowska. Sytuacja odwróciła się jednak w ciągu jednej nocy. Wspomina to s. Iwona: „Pewnej nocy we śnie ojciec otrzymał ostrą reprymendę od swego zmarłego ojca. Usłyszał: dlaczego nie pozwalasz Annie pójść do klasztoru? Po tym upomnieniu opór rodzica został złamany”. Do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety w Poznaniu wstąpiła 6 sierpnia 1930 roku. Rok później dostała habit, a 20 sierpnia 1920 roku złożyła pierwsze śluby zakonne. W Poznaniu także uzyskała dyplom pielęgniarski. Siostra Iwona pracowała najpierw w szpitalu w miejscowości Wyrzysk, potem przez prawie trzy lata w Kruszwicy, a w 1936 roku została przeniesiona do Pucka, gdzie posługiwała w domu seniora. Gdy wybuchła wojna, siostry zostały stamtąd wypędzone. Jeszcze w 1939 roku zakonnica trafiła do niemieckiej wówczas Wschowy, gdzie elżbietanki prowadziły sierociniec i przedszkole.

Odwaga i zmęczenie

Od początku s. Iwona musiała mierzyć się z wojenną rzeczywistością. Odmówiła podpisania folkslisty. „Wypełnione formularze musieliśmy osobiście odnieść do urzędu. Idąc tam, drżałyśmy ze strachu. Niemiec przejrzał formularze, spojrzał na nas groźnym wzrokiem i jeszcze groźniej spytał: »Jaki chleb jecie?«. Skąd u mnie wzięło się tyle odwagi, to tylko Bóg wie. Odpowiedziałam: »Niemiecki, ale polskiego mieliśmy do syta, tylko nam odebrano«. (…) O dziwo, warknął tylko, że możemy się stąd zabierać” – wspomina siostra. Na tym się jednak nie skończyło. Niemiecka komendantura skierowała siostrę do pracy w szpitalu wojskowym dla żołnierzy niemieckich w Herrnprostch (Pracze Odrzańskie). „Jednak mieszkańcy Wschowy rozpoczęli starania o pozostawienie jej w mieście. Poparł je pewien SS-man, któremu z dobrym skutkiem leczyła wnuczkę. Siostra Iwona szczęśliwie została we Wschowie” – wyjaśnia współautorka książki. A tak sama siostra wspomina swoją pracę: „Dni wypełnione były chodzeniem do chorych. Upadałam czasem na nos ze zmęczenia (…). Pacjentami moimi byli zarówno Polacy, jak i Niemcy. Otrzymywane od Niemców środki żywności, lekarstwa zanosiłam chorym Polakom” – napisała.

Ocalenie kościoła i codzienna służba

Siostra Iwona nieraz była stawiana w sytuacjach wymagających poświęcenia i odwagi. Już po wycofaniu się Niemców i wkroczeniu wojsk radzieckich, wraz z inną siostrą w kościele zauważyła tajemniczą skrzynkę. „Poszłam po siostrę przełożoną, która wyraziła przypuszczenie, że to jest bomba zegarowa. Kazała nam natychmiast opuścić kościół. Mnie niepokoiła wciąż myśl, że ten piękny kościół może zostać zniszczony (…). Wróciłam więc mimo sprzeciwu sióstr. Ostrożnie wyniosłam skrzynkę i położyłam na chodniku obok zabudowań gospodarczych należących do plebanii. W obawie, by w razie wybuchu bomby nie uległ zniszczeniu kościół oraz plebania, przeniosłam skrzynkę na planty – w pewnej odległości od domów mieszkalnych. W nocy bomba eksplodowała. Okropny huk, od którego drżały okna i drzwi, postawił wszystkich na nogi. Rano zobaczyliśmy pod drzewem, pod którym umieściłyśmy skrzynkę, głęboki lej powybuchowy” – pisze we wspomnieniach s. Iwona, która także ratowała ze sprofanowanych okolicznych kościołów sprzęty liturgiczne. Po wojnie pierwszym administratorem parafii wschowskiej był ks. Adam Cichoń, a pierwszym proboszczem ks. Andrzej Kostka, który przybył 7 grudnia 1946 roku. Siostra Iwona zaczęła wtedy pełnić obowiązki zakrystianki. Mieszkańcy zapamiętali jej wielkie serce dla każdego człowieka. Tak wspomina siostrę pan Rodryg Wiśniewski ze Wschowy: „Moja mama już w roku 1948 zachorowała. Niestety, nie poddała się operacji w Zielonej Górze. Wreszcie rozpoznanie – rak. I wtedy pojawiła się siostra Iwona. Kilka razy odwiedziła chorą, udzieliła rad i porad medycznych, pocieszyła, kierowała tak skutecznie, że mama wreszcie udała się na badania do szpitala onkologicznego w Poznaniu. Wszystko to siostra Iwona czyni bezinteresownie, zwyczajnie, z chrześcijańskiego obowiązku”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL