Nowy numer 49/2019 Archiwum

Wieczny łotr i Pan

Łukasz, zwany Wiecznym, pił kilkanaście piw dziennie. Do tego wódka. Czasem jabol. Po pięciu miesiącach zostawiła go żona. Dno butelkowego dna. A Pan powiedział Wiecznemu: kocham cię! I Wieczny wrócił.

Zarobku z muzyki nie ma. Jego płytę o wdzięcznym tytule „7 na 7”, czyli siedem grzechów głównych na siedem cnót głównych, opowiadającą o walce dobra ze złem, można ściągnąć za darmo z internetu. Są jakieś pieniądze za koncerty. Niewiele i rzadko. Ale to wystarczy. Łukasz „Wieczny” Wieczorek nie gra dla pieniędzy, tylko dla Pana.

Rap o życiu

Wieczny swoje teksty pisze sam. Specyficzny rodzaj muzyki wymaga innego myślenia i innych metafor. Wszystko musi być dobre, musi brzmieć. – Tekst nie może wypadać z bitu, bo to byłoby jak fałsz w piosence – Wieczny stara się laikowi tłumaczyć raperskie zmagania. – Wszystko trzeba dograć. Czasem pomysły wpadają nagle. Żeby dograć utwór, to nawet dwa miesiące trwa. Robię rap chrześcijański. Oczywiście w skrócie tak się mówi, schematycznie. Robię po prostu rap o swoim życiu, życiu z Bogiem. Zawsze jak coś znika, trzeba dziurę wypełnić. Dziurę po procentach wypełniły u mnie (dość święte) bity – opowiada. Kto słucha Wiecznego? Różni: katolicy wierzący i dzieciaki szukające. I letni katolicy. Ci ostatni proszą: nagrywaj więcej, ale może już nie „kościółkowo”. A Wieczny czasem i napisze coś bardziej „świeckiego”. Ale zawsze, niezależnie od woli, gdzieś się te wartości chrześcijańskie przewijają: chociażby w tekście o prześladowanych za wiarę chrześcijanach. „Bóg to wszystko. A nie wszystko jedno”. – Robię muzykę w międzyczasie. Po pracy zawodowej w archiwum państwowym, gdzieś między wynoszeniem śmieci, zabawą z córką Julią i rozmową z żoną. A do tego szkoła nowej ewangelizacji, gdzie koordynuje Kursy Alfa. I wyjazdy ewangelizacyjne – opowiada Łukasz. Wieczny – przykładny mąż i ojciec, uśmiechnięty, grzeczny i z klasą. Ale nie zawsze tak było...

Łotr i dziecko

–  Jestem teraz we wspólnocie Świętego Dobrego Łotra w Radomiu. W sam raz dla mnie, łotrzykiem byłem kiedyś, choć z rodziny dobrej, kochającej, pełnej. Patologia była jednak na podwórku, koledzy silni i twardzi. Bali się ich wszyscy. – Chciałem być taki sam, a ja chucherko...  Tamci imponowali mi. Już starszy, nadal chudy i słaby, zacząłem radzić sobie inaczej: mocny w gębie, niszczyłem słowem, niszczyłem psychicznie... W podstawówce superuczeń. W liceum nygus.

Najpierw papierosy, potem alkohol. Jedno piwo, dwa. Coraz więcej i więcej. Wieczny stracił kontrolę gdzieś w drugiej klasie. A rodzice? W domu byli, nic nie widzieli. – Mistrzem kłamstwa byłem. Skończyłem 18 lat i przestało mi nawet na ukrywaniu zależeć. Już była pełna katastrofa z promilami. Rodzice chyba powinni byli wystawić walizki za drzwi... Cztery piwa, żeby się rozkręcić. Potem kolejne butelki, dwanaście, trzynaście. I wódka. Jak nie było kasy, to tanie wina. Studia jedne zawalone, drugie też. Bo na bani przychodził na zajęcia. Na kacu na egzamin. I oszukaństwo, kłamstwa. W stosunku do najbliższych: rodziców i dziewczyny. Kochającej, pięknej i dobrej dziewczyny. – O czym ja wtedy myślałem? Dziewczyna w ciąży, ja się bardzo cieszyłem. Ojcostwo? W przepitej głowie bycie ojcem to jak bułka z masłem. Wzięliśmy ślub, zamieszkaliśmy razem. I... wszystko się wydało. Picie, znikanie z domu. Opuszczanie pracy. Cztery miesiące po ślubie urodziła się córka Julka. Bardzo chora. Miesiąc później żona nie wytrzymała. Rozstanie. Dramat. Separacja. Potem rozwód. – Ja tego niby nie chciałem. Niby prosiłem o możliwość powrotu. Ale wódka była ważniejsza. I koledzy od kieliszka. I przygodne dziewczyny. Żona była twarda. I jak w żałobie po ukochanym, ubierając się na czarno (!), całkowicie poświęciła się niepełnosprawnej Julce. Miała żal do Łukasza? A mogła nie mieć? Wielki, bolesny, paraliżujący żal... – Ja nawet chciałem być ojcem. Najpierw wypity próbowałem się spotykać z córką. Żona nie zgadzała się. Nauczyła mnie, że mam przychodzić trzeźwy. Więc spotykałem się z Julką bez promili. A Julka rozkochiwała mnie w sobie. Coraz mocniej i mocniej. Miotałem się: chciałem być dla niej dobrym ojcem. Wódka nie pozwalała. Picie, wyrzuty sumienia... Pierwsza próba samobójcza. Przed drugą ochroniła myśl o córce: duża już była i ojca kochała bardzo. Wieczny wiecznie wyglądał jak żul. Chudy wściekle, czerwony na twarzy. Ile to by jeszcze trwało? Rok? Dwa? Piątek, sobota, niedziela – gorzała. Jedzenia nic, procenty niepoliczalne. Kiedyś, akurat trzeźwy, Wieczny wziął Julkę na spacer. Dziecko poprosiło: „Wróć do mamy”. –  Tłumaczyłem:  to niemożliwe. Ja w nowych związkach, mama nie chce mnie widzieć (i słusznie). Julka strzeliła focha i stwierdziła, że się będzie za nas modlić. Bóg wszystko może. O tej rozmowie Wieczny zapomniał...

Kocham cię, Wieczny!

Druzgocący brak sensu. Butelka. Tak nadal upływało Wiecznemu życie. Do dramatycznego czasu śmierci bliskiego kolegi od flaszki. – Feralnego dnia poszedł na wódkę. Usnął i się nie obudził. Szok ogromny, bo młody chłopak. Poszedłem na pogrzeb, chociaż już wtedy z Kościołem nie miałem nic wspólnego. Żeby oddać hołd, jak pijak pijakowi. Widziałem rozpacz rodziny i w głowie mi się tłukło: ja nie chcę tak skończyć! I myśl światła: Wieczny sam sobie nie jest w stanie pomóc. To, co słyszał na spotkaniach AA, odczuł w praktyce. Pierwszy raz również poczuł, że pomóc może siła wyższa, duchowość jakaś, która będzie silniejsza od butelki. Jakakolwiek duchowość: islam, buddyzm, wszystko po kolei. Cokolwiek. Jakaś energia może pomoże? A może by nawet do kościoła iść? – Raz czy drugi poszedłem. Ale chętniej do protestantów, bo z katolików się wyśmiewałem, mocno szydziłem. Jednak kiedyś, z pięć lat temu, koleżanka z pracy zaproponowała: „Idź na Mszę z modlitwą o uzdrowienie”. – Ja, wielki kontestator i prześmiewca katolicyzmu, poszedłem! Msza jak msza. Potem były wystawienie Najświętszego Sakramentu i modlitwa. Ksiądz przechodził obok mnie z Hostią. Spojrzałem na Najświętszy Sakrament. Nie wiem, co to było. Nie wiem, jak to się stało. Wiem tylko, że spojrzałem i padłem na kolana. On mnie nie oskarżał, On nie winił! Mówił mi: kocham Cię! Nie umiem tego opisać. Taki strzał to był. Ludzie mnie już nie interesowali. Byłem ja i Hostia. Płacz. „Przepraszam” – mówiłem. „Chcę być mężem dla żony, ojcem dla córki” – szeptałem w kółko. To było Zwiastowanie, 25 marca, 2010 r. Wyszedł Wieczny z kościoła, a tu wszystko ma kolory! Ludzie są radośni i piękni! Świat jest piękny! „Czy ja się czegoś nie naćpałem?”– zastanowił się trzeźwo Wieczny...

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama